Wieści ze Strasburga: Różnice pomiędzy wersjami

Linia 504: Linia 504:
Kolejna rzecz to nowa lodówka. Do tej pory dysponowałem tylko małą, zamykaną na kluczyk kasetką, którą i tak musiałem dzielić z sąsiadem. Ale od paru dni mam już najprawdziwszą, nową lodówkę u siebie w pokoju! Jak na potrzeby jednej osoby jest całkiem spora (wys. 80 cm, szer. 54 cm, głęb. 47 cm – wyobraźcie sobie, ile piwa można tu zmieścić), ma zamrażarkę, a górna część może służyć jako blat. W takie lodówki zostały wyposażone wszystkie pokoje – w pewnym sensie akademik się jakoś zrehabilitował za ten bajzel z zeszłego semestru; nawet jeśli nowe lodówki będą oznaczać, że opłaty nieco wzrosną (choć tego jeszcze nie wiem dokładnie). W sumie, gdyby ten akademik był wyglądał od początku tak, jak wygląda teraz, to byłoby super.
Kolejna rzecz to nowa lodówka. Do tej pory dysponowałem tylko małą, zamykaną na kluczyk kasetką, którą i tak musiałem dzielić z sąsiadem. Ale od paru dni mam już najprawdziwszą, nową lodówkę u siebie w pokoju! Jak na potrzeby jednej osoby jest całkiem spora (wys. 80 cm, szer. 54 cm, głęb. 47 cm – wyobraźcie sobie, ile piwa można tu zmieścić), ma zamrażarkę, a górna część może służyć jako blat. W takie lodówki zostały wyposażone wszystkie pokoje – w pewnym sensie akademik się jakoś zrehabilitował za ten bajzel z zeszłego semestru; nawet jeśli nowe lodówki będą oznaczać, że opłaty nieco wzrosną (choć tego jeszcze nie wiem dokładnie). W sumie, gdyby ten akademik był wyglądał od początku tak, jak wygląda teraz, to byłoby super.


Kiedy tu wróciłem, okazało się, że zapasy, które sobie przywiozłem z domu, plus jedzenie, które, wyjeżdżając stąd, zostawili mi moi sąsiedzi Brazylijczycy, pozwalają mi żyć bez robienia zakupów przez co najmniej cały pierwszy tydzień. W miarę, jak zapasy zaczęły się kurczyć, a mnie nadal nie chciało się pójść na zakupy (wspomniane już niewyobrażalne lenistwo), zacząłem troch ę eksperymentować kulinarnie. Po małej inwentaryzacji tego, co jeszcze miałem do jedzenia, doszedłem do wniosku, że jedyna potrawa, jaką mogę przyrządzić, to placki ziemniaczane. Oczywiście nigdy wcześniej nie robiłem placków ziemniaczanych, ale znalazłem jakiś przepis w Internecie i postanowiłem spróbować. Rzecz jasna, w warunkach akademickich jest się zawsze skazanym na improwizację; nóż musiał zastąpić tarkę, mąka kukurydziana – pszenną itd. Jeszcze tylko sól, pieprz, rozmaryn (na szczęście Tata zaopatrzył mnie przed wyjazdem w przyprawy), sos pieczarkowy z zupy grzybowej w proszku z dodatkiem kilku prawdziwych pieczarek i… gotowe. Możecie nie wierzyć, ale były dobre.
Kiedy tu wróciłem, okazało się, że zapasy, które sobie przywiozłem z domu, plus jedzenie, które, wyjeżdżając stąd, zostawili mi moi sąsiedzi Brazylijczycy, pozwalają mi żyć bez robienia zakupów przez co najmniej cały pierwszy tydzień. W miarę, jak zapasy zaczęły się kurczyć, a mnie nadal nie chciało się pójść na zakupy (wspomniane już niewyobrażalne lenistwo), zacząłem trochę eksperymentować kulinarnie. Po małej inwentaryzacji tego, co jeszcze miałem do jedzenia, doszedłem do wniosku, że jedyna potrawa, jaką mogę przyrządzić, to placki ziemniaczane. Oczywiście nigdy wcześniej nie robiłem placków ziemniaczanych, ale znalazłem jakiś przepis w Internecie i postanowiłem spróbować. Rzecz jasna, w warunkach akademickich jest się zawsze skazanym na improwizację; nóż musiał zastąpić tarkę, mąka kukurydziana – pszenną itd. Jeszcze tylko sól, pieprz, rozmaryn (na szczęście Tata zaopatrzył mnie przed wyjazdem w przyprawy), sos pieczarkowy z zupy grzybowej w proszku z dodatkiem kilku prawdziwych pieczarek i… gotowe. Możecie nie wierzyć, ale były dobre.


Do ciekawszych rzeczy, które tu robiłem w ciągu ostatniego miesiąca, na pewno należy zaliczyć wiercenie dziury w zapięciu do roweru. Mojej do niedawna sąsiadce, Asi, jakiś debil zepsuł kłódkę od roweru – nalał tam chyba kleju. Nie wiem, co z tego miał, bo ani on, ani nikt inny nie mógł tego otworzyć. A zatem trzeba było wiercić.
Do ciekawszych rzeczy, które tu robiłem w ciągu ostatniego miesiąca, na pewno należy zaliczyć wiercenie dziury w zapięciu do roweru. Mojej do niedawna sąsiadce, Asi, jakiś debil zepsuł kłódkę od roweru – nalał tam chyba kleju. Nie wiem, co z tego miał, bo ani on, ani nikt inny nie mógł tego otworzyć. A zatem trzeba było wiercić.