Wieści ze Strasburga: Różnice pomiędzy wersjami

Linia 296: Linia 296:


Tymczasem pozdrawiam Was i do następnych wieści!
Tymczasem pozdrawiam Was i do następnych wieści!
== Studia ==
Strasburg, 25 października 2003 r.
Cześć,
Powoli zadomawiam się w tym akademiku, choć remont nadal trwa. Nie wiem, dlaczego, ale kaloryfery zamiast w nocy grzać, to grają; jest taki hałas, że może umarłego zbudzić. Ale jeśli to nie pomoże wstać z samego rana, to codziennie (przynajmniej bez łikendów) o siódmej rano robotnicy zaczynają coś wiercić albo ciąć. Od czasu do czasu nie ma wody w kranach albo prądu, ale za to jak pada deszcz, to na korytarzach robi się mokro.
Mimo wszystko da się żyć, zresztą chyba nie chciało by mi się kolejny raz przeprowadzać, nawet gdybym znalazł jakiś lepszy lokal. Dużym postępem jest pojawienie się w kuchniach piekarników i mikrofalówek. Żeby je wypróbować, przez parę dni żywiłem się głównie pizzą.
Tymczasem na uczelni rok akademicki na dobre się rozkręcił i jest coraz więcej roboty. Zajęcia wyglądają tu trochę inaczej niż u nas. Przede wszystkim nie ma podziału na wykłady i ćwiczenia. Zajęcia trwają przeważnie dwie godziny zegarowe, a nie półtora, jak my jesteśmy przyzwyczajeni, co jest dosyć męczące. Co mnie szczególnie zdziwiło, to coś, co tutejsi specjaliści od różnic  międzykulturowych nazwaliby „małym dystansem od władzy” (''small power distance''), choć dla mnie jest to raczej brak szacunku dla nauczyciela. Nie chodzi tylko o to, że studenci jedzą na zajęciach, głośno rozmawiają i nawet nie przeproszą, gdy zwróci im się uwagę – to może się zdarzyć i u nas; ale szokiem dla mnie było to, że to studenci ogłaszają koniec zajęć; jeżeli lekcja miała się skończyć na przykład o godzinie dziesiątej, to punkt dziesiąta wszyscy pakują się i wychodzą – nawet jeśli wykładowca ciągle jeszcze mówi!
W każdym razie na początku semestru zajęcia są na ogół poświęcone sprawom bardziej teoretycznym i przypomina to trochę nasze wykłady, choć grupy są przeważnie niewielkie. W międzyczasie studenci muszą dobrać się w 3-5-osobowe grupy, wybrać sobie temat i zabrać się do pracy nad napisaniem wspólnego wypracowania oraz przygotowania prezentacji. Ponieważ takich grupek może być czasem dosyć dużo, to pierwsze prezentacje są już w październiku. U niektórych wykładowców ocena końcowa to wyłącznie ocena wypracowania i prezentacji, inni robią jeszcze egzaminy pod koniec semestru.
''À propos,'' Francuzi mają dość dziwną skalę ocen. Teoretycznie można dostać oceny od 0 do 20, ale – o ile wiem – od jakichś stu lat nikt we Francji nie dostał więcej niż 18. Trochę mnie to martwi, bo moja uczelnia ma taką dziwną zasadę, że przy przeliczaniu ocen wystawionych na zagranicznych uczelniach nie bierze pod uwagę oceny celującej (5,5), więc prawdopodobnie będzie przeliczać francuskie oceny 19-20 na 5,0 , a najwyższe praktycznie osiągalne oceny 17-18 – na 4,5 , co może mi dosyć zaniżyć średnią. Natomiast każda ocena poniżej 10 jest tu uważana za negatywną i tak też pewnie będzie to przeliczać AE.
Wróćmy jednak do prac zespołowych. Studentów zagranicznych jest tu dosyć dużo, więc niektóre zespoły są prawdziwą mieszanką kulturową i dobrze: po pierwsze praca w takich zespołach jest ciekawsza, a po drugie daje to – jak mawiają spece od zarządzania – dodatkową synergię. Praca w drobnych, kilkuosobowych grupkach jest tu tak powszechna, że są nawet specjalne salki wyposażone w tablice, dwie lub trzy ławki i parę krzeseł, i które są zawsze otwarte, tak, żeby te małe zespoły projektowe miały się gdzie spotykać.
Miałem już okazję robić jeden projekt z przedmiotu ''Business in Europe'' (w liście pt. „Uczelnia” napisałem: ''European Management'', ale później okazało się, że nazwa jest jednak taka) w ośmioosobowej grupie amerykańsko-bułgarsko-francusko-hinduskoniemiecko-
polskiej, przy czym – co może warto zauważyć – imiona Francuzek brzmiały: Maïmounai Saléha. Zadanie polegało na zaproponowaniu restrukturyzacji pewnej hipotetycznej firmy produkującej jedzenie dla zwierząt, a której rzeczywistym pierwowzorem był Mars Inc. Nasz zespół podzieliliśmy na dwie mniejsze grupki, z których jedna miała się zająć stworzeniem ogólnej wizji i długoterminowej strategii przedsiębiorstwa, a druga – planem działań na najbliższe pół roku. Podział odbył się na podstawie osobistych preferencji, ale – co ciekawe – pokrył się on z podziałami geograficznymi. Grupka odpowiadająca za „wizję” była zachodnia, a ta odpowiadająca za liczby –
wschodnia; ja byłem w obu. Vivek zdecydowanie potwierdził stereotyp Hindusa jako osoby świetnie radzącej sobie z liczbami, choć Bułgarkę i mnie na początku zdziwiło to, że miał problemy z odczytywaniem dużych liczb i pytał nas na przykład: „to jest 5
milionów czy 50 milionów?” Ale potem wytłumaczył nam, że w Indiach obowiązuje nieco inny system liczbowy niż u nas: 10 000 to jeszcze dziesięć tysięcy, ale 100 000 to już jeden ''lakh'', 1 000 000 to dziesięć ''lakhs'' itd. Ostateczny projekt bardzo się udał, nasza
wizja polegała na dotarciu do każdego kociego i psiego żołądka w Europie, a w ciągu najbliższych 6 miesięcy postanowiliśmy zamknąć wszystkie fabryki we Francji i w Wielkiej Brytanii.
W poniedziałki i we wtorki mam zajęcia po południu, a od środy do piątku – rano. Oczywiście w chodzeniu do szkoły na rano nie ma nic przyjemnego, nawet jeśli z pokoju na zajęcia idzie się trzy minuty. Tym bardziej, że wszystkie studenckie imprezy są w czwartki lub czasami we środy. W łikendy nic się nie dzieje, bo większość Francuzów jedzie wtedy do domów. A w najbliższym tygodniu to już w ogóle nikogo nie będzie, bo ostatni tydzień października to ferie Wszystkich Świętych. Ja bym to nazwał trochę dłuższym łikendem, ale miejscowi mówią na to: „wakacje”. Tak więc będę miał trochę czasu i spokoju, żeby wreszcie porządnie wziąć się do nauki i popchnąć trochę do przodu pracę nad niektórymi projektami, bo w listopadzie czekają mnie kolejne prezentacje.
=== Listy do redakcji ===
W „Wieściach ze Strasburga” pojawia się wreszcie nowy dział. Wprawdzie od dłuższego czasu, to znaczy od początku, redakcja jest jednoosobowa, ale mimo to postara się odpowiadać na ciekawsze listy czytelników. Mam nadzieję, że listy takie będą napływać i że ten nowy dział zostanie utrzymany.
A oto list nadesłany przez panią Janinę Marię Rokitę:
„Szanowny Panie redaktorze «Wieści ze Strasburga»,
„Jestem stałą czytelniczką tej chętnie oglądanej i słuchanej gazety lub czasopisma. Bardzo podoba mi się cykl dot. historii naszej nowej europejskiej stolicy. To fascynujące dowiedzieć się np., że największą gałęzią strasburskiego przemysłu było w XVIII wieku żebractwo – to znaczy, że możemy być jeszcze potęgą gospodarczą!
„Jestem prostą gospodynią domową spod Pcimia, więc nie wszystko jest dla mnie jasne, dlatego łaskawie pytam wielce szanownego pana redaktora:
„Czy ten Plac Republiki (dawny Plac Cesarski), jeszcze się nazywa Republiki, czy już Plac Unii?
„Czy ulubioną rozrywką Francuzów jest nadal: rewolucje i upokarzanie – to dwie ulubione rozrywki; czy ich dwiema ulubionymi rozrywkami są nadal rewolucje i upokarzanie oraz gilotynowanie – to trzy, cholera, jeszcze raz od początku: czy nadal pośród ulubionych rozrywek
Francuzów są: rewolucje, upokarzanie oraz gilotynowanie? (nie spodziewałam się hiszpańskiej inkwizycji)
„Dziękuję za łaskawą odpowiedź, pozostaję z wyrazami szacunku,
„Janina Maria Rokita<br>
„(Janine-Marie Roqitea)
„P.S. Proszę podać przepis na żabie udka albo ślimaczki.”
Bardzo dziękuję Pani za ten niezmiernie ciekawy list i bardzo mi się podoba, że Pani się podoba. A oto odpowiedzi na Pani pytania:
Po pierwsze: nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji!
Po drugie: jak ostatnio sprawdzałem, to na Placu Republiki, ciągle wisiała tabliczka: „Place de la République”. Zresztą Francuzi są do tej swojej Republiki tak przywiązani, że prędzej Wisła zostanie przemianowana na Rzekę im. Jana Pawła II niż „Republikę” zastąpią „Unią”.
W XVIII w. nie dość, że główną gałęzią przemysłu było żebractwo, to główną rozrywką francuskich chłopów było iskanie, a wśród arystokracji – zabijanie złotymi młoteczkami wszy mieszkających w perukach, które nosili, żeby ukryć jeden z objawów francuskiej choroby (kiły), jakim było wypadanie włosów. Rozrywki jednak z czasem się zmieniają i choć Francuzi nadal się nie myją (zużycie mydła najmniejsze w całej UE), to nie widziałem, żeby się iskali.
Co do bardziej nowoczesnych rozrywek, to Francuzi nie zrobili sobie żadnej rewolucji od 1968 r. Od 1977 r. nie wykonuje się tu kary śmierci, więc gilotyna odeszła do lamusa. Zostało więc tylko upokarzanie. Nie ma się co dziwić, że naszym wojskom okupacyjnym w Iraku podrzucili te swoje trefne rakiety, żeby osłabić naszą pozycję na szczycie w Rzymie; ale nic z tego – nie będzie Francuz pluł nam w twarz!
Zresztą każdy ma jakieś swoje ulubione rozrywki. Pewnego francuskiego sędziego przyłapano ostatnio na tym, jak się onanizował podczas rozprawy. Być może tak bardzo podniecała go rozprawa (tak, jak nauka podniecała studenta, którego niedawno przyłapano na tym samym w bibliotece wojewódzkiej w Krakowie), a może po prostu chciał iść w ślady cynika Diogenesa?
Jeśli chodzi o przepisy kulinarne, to niestety nie znam. Radzę napisać do jakiegoś pisma kobiecego.
Czekam na dalsze listy od Pani i od innych czytelników.
Pozdrawiam, tym goręcej, że podobno już u Was śnieg,


== Atmosfera ==
== Atmosfera ==