Wieści ze Strasburga: Różnice pomiędzy wersjami

Nie podano opisu zmian
 
(Nie pokazano 54 pośrednich wersji utworzonych przez tego samego użytkownika)
Linia 4: Linia 4:
Podczas studiów w [[Strasburg]]u w roku akademickim 2003/2004, [[Judek]] prowadził blog pod takim właśnie tytułem, głównie po to, żeby rodzina i znajomi wiedzieli, co u niego słychać. Bloga (pisanego – wstyd powiedzieć – w całości krojem pisma Comic Sans) już dawno nie ma, ale poniżej można poczytać to, co udało się uratować dzięki Wayback Machine i odzyskać z dawno padniętego dysku.
Podczas studiów w [[Strasburg]]u w roku akademickim 2003/2004, [[Judek]] prowadził blog pod takim właśnie tytułem, głównie po to, żeby rodzina i znajomi wiedzieli, co u niego słychać. Bloga (pisanego – wstyd powiedzieć – w całości krojem pisma Comic Sans) już dawno nie ma, ale poniżej można poczytać to, co udało się uratować dzięki Wayback Machine i odzyskać z dawno padniętego dysku.


[[File:Notre-Dame_de_Strasbourg.jpg|thumb|Zachodnia fasada katedry NMP w Strasburgu]]
== Przyjazd ==
== Przyjazd ==
3 września 2003 r.
<poem>Cześć kochani!<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">3 września 2003 r.</div>
 
<poem>Cześć kochani!
''Piswe nq frqncuskiej klqaiqturwe i&nbsp;to nozie zq,; we to prqzdwiizq ,encwqrniq:''
''Piswe nq frqncuskiej klqaiqturwe i&nbsp;to nozie zq,; we to prqzdwiizq ,encwqrniq:''
Piszę na francuskiej klawiaturze i&nbsp;mówię Wam, że to prawdziwa męczarnia.
Piszę na francuskiej klawiaturze i&nbsp;mówię Wam, że to prawdziwa męczarnia.
Wygląda ona tak:
Wygląda ona tak:
AZERTYUIOP^$
<span style="font-family: Courier New; font-size: 120%;">AZERTYUIOP^$
QSDFGHJKLMů*
QSDFGHJKLMů*
WXCVBN,;:!</poem>
WXCVBN,;:!</span></poem>
Super, nie? (tego znaku zapytania to chyba minutę szukałem). Lucek mówił, że w&nbsp;Indii ludzie mają zwyczaj rozkładać przed cudzoziemcami ręce i&nbsp;mówić: ''„India – something must be different!”'' Tutaj można by powiedzieć: ''„La France – tout est different&nbsp;!”'' (wszystko jest inaczej).  
Super, nie? (tego znaku zapytania to chyba minutę szukałem). Lucek mówił, że w&nbsp;Indii ludzie mają zwyczaj rozkładać przed cudzoziemcami ręce i&nbsp;mówić: ''„India – something must be different!”'' Tutaj można by powiedzieć: ''„La France – tout est different&nbsp;!”'' (wszystko jest inaczej).  


Linia 28: Linia 27:
Po Meersburgu przejechaliśmy już tylko przez Schwarzwald, potem wzdłuż Renu,&nbsp;a w&nbsp;końcu przez Most Europy do Strasburga. I&nbsp;tu dopiero zaczęły się prawdziwe jaja: okazało się, że akademik, w&nbsp;którym miałem mieszkać (La Somme 2), jest cały w&nbsp;remoncie! Pojeździliśmy trochę od Annasza do Kajfasza, ale ponieważ to był sobotni wieczór, to oczywiście niczego nie udało się załatwić i&nbsp;ostatecznie wylądowaliśmy, zupełnie wściekli, w&nbsp;hotelu na obrzeżach miasta.
Po Meersburgu przejechaliśmy już tylko przez Schwarzwald, potem wzdłuż Renu,&nbsp;a w&nbsp;końcu przez Most Europy do Strasburga. I&nbsp;tu dopiero zaczęły się prawdziwe jaja: okazało się, że akademik, w&nbsp;którym miałem mieszkać (La Somme 2), jest cały w&nbsp;remoncie! Pojeździliśmy trochę od Annasza do Kajfasza, ale ponieważ to był sobotni wieczór, to oczywiście niczego nie udało się załatwić i&nbsp;ostatecznie wylądowaliśmy, zupełnie wściekli, w&nbsp;hotelu na obrzeżach miasta.


Następnego dnia woźna w&nbsp;innym akademiku (Paul Appell 3) dała mi tymczasowo pokój do poniedziałku. Wprowadziłem się więc i&nbsp;poszedłem z&nbsp;Ojcem pozwiedzać strasburską starówkę (o tym dokładniej napisze Wam kiedy indziej, na razie tylko tyle, że jest bardzo ładna). Potem pożegnałem się z&nbsp;Ojcem, który pojechał z&nbsp;powrotem do Krakowa,
Następnego dnia woźna w&nbsp;innym akademiku (Paul Appell 3) dała mi tymczasowo pokój do poniedziałku. Wprowadziłem się więc i&nbsp;poszedłem z&nbsp;Ojcem pozwiedzać strasburską starówkę (o tym dokładniej napisze Wam kiedy indziej, na razie tylko tyle, że jest bardzo ładna). Potem pożegnałem się z&nbsp;Ojcem, który pojechał z&nbsp;powrotem do Krakowa, a ja zostałem sam myśląc, jak to dalej będzie.
a ja zostałem sam myśląc, jak to dalej będzie.


W poniedziałek rano można już było załatwiać różne formalności (choć nie wszystkie; niektóre instytucje, zwłaszcza banki, są w&nbsp;poniedziałki zamknięte – ''something must be different, n'est-ce pas&nbsp;?''). W&nbsp;akademiku powiedzieli mi, że mogę zostać w&nbsp;Paul Appell do końca remontu w&nbsp;La Somme, tj. do października. Musiałem „tylko” przeprowadzić się do innego budynku, co zajęło mi całe popołudnie. Potem poszedłem zapisać się na uczelnię, gdzie dowiedziałem się, że całe to zamieszanie z&nbsp;akademikami to oczywiście nie jest niczyja wina, bo oni sami dowiedzieli się o&nbsp;tym remoncie w&nbsp;poniedziałek rano (''sic!!!'').
W poniedziałek rano można już było załatwiać różne formalności (choć nie wszystkie; niektóre instytucje, zwłaszcza banki, są w&nbsp;poniedziałki zamknięte – ''something must be different, n'est-ce pas&nbsp;?''). W&nbsp;akademiku powiedzieli mi, że mogę zostać w&nbsp;Paul Appell do końca remontu w&nbsp;La Somme, tj. do października. Musiałem „tylko” przeprowadzić się do innego budynku, co zajęło mi całe popołudnie. Potem poszedłem zapisać się na uczelnię, gdzie dowiedziałem się, że całe to zamieszanie z&nbsp;akademikami to oczywiście nie jest niczyja wina, bo oni sami dowiedzieli się o&nbsp;tym remoncie w&nbsp;poniedziałek rano (''sic!!!'').
Linia 38: Linia 36:


== Nostalgia ==
== Nostalgia ==
Strasburg, 5 września 2003 r.
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">Strasburg, 5 września 2003 r.</div>
 
Bandziur!
Bandziur!


Linia 53: Linia 50:


== Rowery ==
== Rowery ==
Strasburg, 7 września 2003 r.
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">Strasburg, 7 września 2003 r.</div>
 
Czołem!
Czołem!


Linia 70: Linia 66:


Tyle o rowerach. Pozdrawiam wszystkich cyklistów, żydów i masonów!
Tyle o rowerach. Pozdrawiam wszystkich cyklistów, żydów i masonów!
== Topografia ==
Strasburg leży nad rzeczką o&nbsp;nazwie Ill, która trochę dalej na północ wpada do Renu. Praktycznie cała strasburska starówka leży na wyspie (''Grande Île'' – Wielka Wyspa), którą od południa opływa Ill, a&nbsp;od północy – sztucznie wykopana fosa. To tutaj znajdują się główne zabytki miasta – katedra, kościoły katolickie i&nbsp;protestanckie; na pół drewniane, a&nbsp;na pół murowane kamieniczki; wąskie uliczki, małe ryneczki i&nbsp;rozległe place.
W miejscu, gdzie Ill i&nbsp;fosa się rozchodzą, na kilku malutkich wysepkach leży tzw. Mała Francja (''Petite France''), najbardziej malowniczy zakątek Strasburga. Niegdyś mieściły się tu młyny, garbarnie oraz szpitale, w&nbsp;których leczono chorych na francuską chorobę (stąd nazwa). Teraz są tu restauracje, sklepy z&nbsp;pamiątkami i&nbsp;setki turystów.
[[File:Strasbourg_Observatory.JPG|thumb|Strasburskie obserwatorium astronomiczne]]
W XIX w. na północny wschód od Wielkiej Wyspy Niemcy zbudowali nową, monumentalną dzielnicę (''Ville Allemande'' – Niemieckie Miasto). Jej główną osią jest Bulwar Wolności ciągnący się od Placu Republiki na południowy wschód po Plac Uniwersytecki. Dalej rozciąga się Dzielnica Uniwersytecka z&nbsp;przytłaczającym Pałacem Uniwersyteckim, za którym Niemcy zbudowali m.in. muzeum zoologiczne, ogród botaniczny i&nbsp;obserwatorium astronomiczne. Trochę bardziej na południe i&nbsp;na wschód znajdują się nowsze, XX-wieczne budynki składające się w&nbsp;sumie na wielki kampus trzech strasburskich uniwersytetów.
Instytucje Europejskie leżą nieco dalej na północ, w&nbsp;miejscu, gdzie rzeczka Ill krzyżuje się z&nbsp;kanałem Marna-Ren. Na trzech rogach tego „skrzyżowania” wznoszą się trzy „ultranowoczesne” – jak powiedzieliby Francuzi – gmachy: Pałac Europejski (siedziba Rady Europy), Parlament Europejski oraz Trybunał Praw Człowieka. Tuż obok Pałacu Europejskiego leży największy i&nbsp;najładniejszy park Strasburga, zwany Oranżerią.


== Jedzenie ==
== Jedzenie ==
17 września 2003 r.
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">17 września 2003 r.</div>
 
Cześć Wszystkim!
Cześć Wszystkim!


Linia 90: Linia 75:
Niestety, ja nie odżywiam się tu tak jak Francuzi i&nbsp;to niekoniecznie dlatego, że ichniejsza kuchnia mi nie smakuje, ale po prostu mnie na to nie stać. Zamiast tego ćwiczę się nieustannie w&nbsp;bardzo ważnej sztuce szukania tańszych substytutów. Jakby ktoś nie wiedział, to substytut to coś, czym można zastąpić coś innego, na co miałoby się ochotę, ale się tego nie ma (tak mnie uczyli na mikroekonomii na pierwszym roku). Na przykład tańszym substytutem masła jest margaryna; zwłaszcza taka do smarowania chleba, na której nie idzie nic usmażyć.
Niestety, ja nie odżywiam się tu tak jak Francuzi i&nbsp;to niekoniecznie dlatego, że ichniejsza kuchnia mi nie smakuje, ale po prostu mnie na to nie stać. Zamiast tego ćwiczę się nieustannie w&nbsp;bardzo ważnej sztuce szukania tańszych substytutów. Jakby ktoś nie wiedział, to substytut to coś, czym można zastąpić coś innego, na co miałoby się ochotę, ale się tego nie ma (tak mnie uczyli na mikroekonomii na pierwszym roku). Na przykład tańszym substytutem masła jest margaryna; zwłaszcza taka do smarowania chleba, na której nie idzie nic usmażyć.


Szukanie tańszych substytutów idzie mi chyba całkiem nie źle. Zresztą w&nbsp;tutejszych supermarketach jest to dosyć ułatwione. Etykiety na półkach podają ceny zarówno w&nbsp;euro, jak i&nbsp;we frankach, a&nbsp;do tego obok ceny za jedno opakowanie podana jest cena w&nbsp;przeliczeniu na standardową jednostkę (kilogram, litr itp.). Oprócz tego w&nbsp;jednym z&nbsp;supermarketów przy najlichszych artykułach danego rodzaju umieszcza się specjalne etykietki z&nbsp;napisem „najtańsze”, żeby można było jeszcze łatwiej znaleźć najtańszy substytut. Przy wejściu do innego sklepu znalazłem tabliczkę, na której było napisane wprost: „tu nie ma produktów wysokiej jakości; tu są produkty tanie”. ''Nota bene'' to właśnie ten sklep, w&nbsp;którym robię zakupy. Nazywa się Mutant.
Szukanie tańszych substytutów idzie mi chyba całkiem nieźle. Zresztą w&nbsp;tutejszych supermarketach jest to dosyć ułatwione. Etykiety na półkach podają ceny zarówno w&nbsp;euro, jak i&nbsp;we frankach, a&nbsp;do tego obok ceny za jedno opakowanie podana jest cena w&nbsp;przeliczeniu na standardową jednostkę (kilogram, litr itp.). Oprócz tego w&nbsp;jednym z&nbsp;supermarketów przy najlichszych artykułach danego rodzaju umieszcza się specjalne etykietki z&nbsp;napisem „najtańsze”, żeby można było jeszcze łatwiej znaleźć najtańszy substytut. Przy wejściu do innego sklepu znalazłem tabliczkę, na której było napisane wprost: „tu nie ma produktów wysokiej jakości; tu są produkty tanie”. ''Nota bene'' to właśnie ten sklep, w&nbsp;którym robię zakupy. Nazywa się Mutant.


Okazuje się, że zamiast kupować cały ser, można kupić jego tańszy substytut czyli ser tarty – pewnie to jakie ścinki z&nbsp;fabryki, ale da się jakoś jeść. ''Bleu d’Auvergne'' jest za to bardzo smacznym tańszym substytutem sera ''roquefort''. Z&nbsp;tańszego substytutu odpestkowanych oliwek, jakim są oliwki z&nbsp;pestkami, ostatecznie zrezygnowałem – szkoda zębów. Tańszym substytutem porządnego [[wino|wina]] są zlewki różnych win zmieszanych w&nbsp;jednej butelce; ale nawet to wydało mi się za drogie. Jedyny alkohol, na jaki mnie tu stać, to piwo ''Ottweiler Pils'' – 0,40&nbsp;€ / 0,5&nbsp;l (tańsze od barszczu i&nbsp;do tego niezłe!).
Okazuje się, że zamiast kupować cały ser, można kupić jego tańszy substytut czyli ser tarty – pewnie to jakie ścinki z&nbsp;fabryki, ale da się jakoś jeść. ''Bleu d’Auvergne'' jest za to bardzo smacznym tańszym substytutem sera ''roquefort''. Z&nbsp;tańszego substytutu odpestkowanych oliwek, jakim są oliwki z&nbsp;pestkami, ostatecznie zrezygnowałem – szkoda zębów. Tańszym substytutem porządnego [[wino|wina]] są zlewki różnych win zmieszanych w&nbsp;jednej butelce; ale nawet to wydało mi się za drogie. Jedyny alkohol, na jaki mnie tu stać, to piwo ''Ottweiler Pils'' – 0,40&nbsp;€ / 0,5&nbsp;l (tańsze od barszczu i&nbsp;do tego niezłe!).
Linia 109: Linia 94:


== Uczelnia ==
== Uczelnia ==
Strasburg, 26 września 2003 r.
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">Strasburg, 26 września 2003 r.</div>
 
Cześć,
Cześć,


[[File:pege.jpg|thumb|Europejski Biegun Zarządzania i Ekonomii, w skrócie PEGE – tak szumnie nazywa się budynek, w którym m.in. mieści się mój Europejski Instytut Wyższych Studiów Handlowych (IECS)]]
Pomyślałem sobie, że trzeba by wreszcie napisać coś o tym, po co tu właściwie przyjechałem, czyli o studiach. A pisząc o tak poważnej instytucji jak uniwersytet, nie wypada zacząć inaczej jak od krótkiego rysu historycznego:
Pomyślałem sobie, że trzeba by wreszcie napisać coś o tym, po co tu właściwie przyjechałem, czyli o studiach. A pisząc o tak poważnej instytucji jak uniwersytet, nie wypada zacząć inaczej jak od krótkiego rysu historycznego:


Akademia Strasburska została założona już w XVI w., a status uniwersytetu (prawo nadawania stopni doktorskich) uzyskała w 1621 r. Po wcieleniu Strasburga do Francji w 1681 r. uczelnia, która zachowała swój luterański charakter, stała się z czasem ważnym ośrodkiem kształcenia przyszłych dyplomatów, m.in. Klemensa von Metternicha. Do znanych absolwentów należy również J.W. von Goethe. W czasie Rewolucji uniwersytet zeświecczono, ale przynajmniej uniknął nacjonalizacji. Pod panowaniem niemieckim, tj. po 1871 r., uczelnia została znacznie rozbudowana; wzniesiono wtedy m.in. majestatyczny gmach zwany Pałacem Uniwersyteckim.
Akademia Strasburska została założona już w XVI w., a status uniwersytetu (prawo nadawania stopni doktorskich) uzyskała w 1621 r. Po wcieleniu Strasburga do Francji w 1681 r. uczelnia, która zachowała swój luterański charakter, stała się z czasem ważnym ośrodkiem kształcenia przyszłych dyplomatów, m.in. Klemensa von Metternicha. Do znanych absolwentów należy również J.W. von Goethe. W czasie Rewolucji uniwersytet zeświecczono, ale przynajmniej uniknął nacjonalizacji. Pod panowaniem niemieckim, tj. po 1871 r., uczelnia została znacznie rozbudowana; wzniesiono wtedy m.in. majestatyczny gmach zwany Pałacem Uniwersyteckim.


W 1968 r. Uniwersytet Strasburski został podzielony na trzy osobne uczelnie: Uniwersytet im. Louisa Pasteura (nauki przyrodnicze), Uniwersytet im. Marca Blocha (nauki humanistyczne) oraz Uniwersytet im. Roberta Schumana (nauki społeczne), na którym teraz studiuję. Robert Schuman (1880–1963), którego imię nosi moja uczelnia, był w latach 1948-1953 ministrem spraw zagranicznych Francji i – jako współinicjator utworzenia Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali – jest uważany za jednego z ojców zjednoczonej Europy.
W 1968 r. Uniwersytet Strasburski został podzielony na trzy osobne uczelnie: Uniwersytet im. Louisa Pasteura (nauki przyrodnicze), Uniwersytet im. Marca Blocha (nauki humanistyczne) oraz Uniwersytet im. Roberta Schumana (nauki społeczne), na którym teraz studiuję. Robert Schuman (1880–1963), którego imię nosi moja uczelnia, był w latach 1948–1953 ministrem spraw zagranicznych Francji i – jako współinicjator utworzenia Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali – jest uważany za jednego z ojców zjednoczonej Europy.


[[File:widok_z_okna_la_somme.jpg|thumb|left|Widok z okna akademika przy rue de la Somme na intytut]]
Jednostka organizacyjna, której tu podlegam, to Europejski Instytut Wyższych Studiów Handlowych (IECS) mieszczący się w budynku noszącym bardzo szumną nazwę: Europejski Biegun Ekonomii i Zarządzania. Jest to zresztą ogromna wygoda, że nie trzeba latać na kolejne wykłady z jednego pawilonu do drugiego, czy – jak się czasem u nas zdarza – na drugi koniec miasta do innego kampusu mając na to 5 minut czasu; tutaj wszystkie zajęcia mam w tym samym skrzydle jednego budynku.  
Jednostka organizacyjna, której tu podlegam, to Europejski Instytut Wyższych Studiów Handlowych (IECS) mieszczący się w budynku noszącym bardzo szumną nazwę: Europejski Biegun Ekonomii i Zarządzania. Jest to zresztą ogromna wygoda, że nie trzeba latać na kolejne wykłady z jednego pawilonu do drugiego, czy – jak się czasem u nas zdarza – na drugi koniec miasta do innego kampusu mając na to 5 minut czasu; tutaj wszystkie zajęcia mam w tym samym skrzydle jednego budynku.  


Linia 154: Linia 140:


== Przeprowadzka ==
== Przeprowadzka ==
4 października 2003 r.
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">4 października 2003 r.</div>
Cześć,
[[File:rue_de_la_somme.jpg|thumb|Rue de la Somme: po prawej mój instytut od tyłu, po lewej mój akademik]]


Od kiedy tu jestem, prawie przez cały czas była piękna pogoda. Jedyny ulewny, całodzienny deszcz w&nbsp;ciągu ostatniego miesiąca był akurat w&nbsp;dniu mojej przeprowadzki z&nbsp;akademika Paul Appell do La Somme. Niestety to był najmniejszy problem związany z&nbsp;przeprowadzką. Mój nowy akademik byłby nawet całkiem fajny gdyby nie to, że… jest niegotowy.  
Od kiedy tu jestem, prawie przez cały czas była piękna pogoda. Jedyny ulewny, całodzienny deszcz w&nbsp;ciągu ostatniego miesiąca był akurat w&nbsp;dniu mojej przeprowadzki z&nbsp;akademika Paul Appell do La Somme. Niestety to był najmniejszy problem związany z&nbsp;przeprowadzką. Mój nowy akademik byłby nawet całkiem fajny gdyby nie to, że… jest niegotowy.  
Linia 162: Linia 150:
Ale niech opowiem najpierw po kolei, jak wyglądał dzień mojej przeprowadzki:
Ale niech opowiem najpierw po kolei, jak wyglądał dzień mojej przeprowadzki:


[[File:pokoj_1.JPG|thumb|left|9 m² mojego królestwa]]
Rano pojechałem do La Somme, żeby się zameldować i&nbsp;dostać pokój. Rzecz jasna, pierwszą rzeczą, jaką musiałem zrobić, było uiszczenie opłaty – za październik z&nbsp;góry plus całoroczna kaucja czyli drugie tyle – w&nbsp;sumie 260&nbsp;€. Nie wiem, czy terminala do kart bankowych nie mieli też z&nbsp;powodu remontu, w&nbsp;każdym razie przyjmowali tylko
Rano pojechałem do La Somme, żeby się zameldować i&nbsp;dostać pokój. Rzecz jasna, pierwszą rzeczą, jaką musiałem zrobić, było uiszczenie opłaty – za październik z&nbsp;góry plus całoroczna kaucja czyli drugie tyle – w&nbsp;sumie 260&nbsp;€. Nie wiem, czy terminala do kart bankowych nie mieli też z&nbsp;powodu remontu, w&nbsp;każdym razie przyjmowali tylko
gotówkę. Następnie dostałem klucz do pokoju i&nbsp;poszedłem go sobie obejrzeć.
gotówkę. Następnie dostałem klucz do pokoju i&nbsp;poszedłem go sobie obejrzeć.
Linia 170: Linia 159:
Wywiózłszy bagaże na drugie piętro (winda, na szczęście, działa) i&nbsp;zamknąwszy je w&nbsp;pokoju, pojechałem zdać klucz w&nbsp;Paul Appell i&nbsp;poinformować moje banki o&nbsp;zmianie adresu. Potem mogłem już zając się swoim pokojem, czyli posprzątać go i&nbsp;częściowo się rozpakować, choć urządzanie się uda mi się chyba skończyć najwcześniej w&nbsp;niedzielę.
Wywiózłszy bagaże na drugie piętro (winda, na szczęście, działa) i&nbsp;zamknąwszy je w&nbsp;pokoju, pojechałem zdać klucz w&nbsp;Paul Appell i&nbsp;poinformować moje banki o&nbsp;zmianie adresu. Potem mogłem już zając się swoim pokojem, czyli posprzątać go i&nbsp;częściowo się rozpakować, choć urządzanie się uda mi się chyba skończyć najwcześniej w&nbsp;niedzielę.


[[File:pokoj_3.JPG|thumb|upright|Umywalka (tak, mydelniczka jest zrobiona z kubka po daniu w 5 minut)]]
Pokój jest jednoosobowy i&nbsp;wyposażony jest w: szafę, biurko, półki, umywalkę (wreszcie z&nbsp;jednym, normalnym kranem), dwa krzesła i&nbsp;łóżko. Są też lampy: nad łóżkiem, nad umywalką i&nbsp;na biurku, ale nie ma lampy na suficie. W&nbsp;oknie mam żaluzje i&nbsp;mógłbym mieć też story (ale po co, skoro mam żaluzje?), za to nie mam firanek. Łóżko (materac na sprężynach) jest potwornie miękkie i&nbsp;pewnie dość długo będę się do niego przyzwyczajał. Pościel składa się z&nbsp;cieniutkiej kołderki i&nbsp;poduszki w&nbsp;kształcie długiego walca, która w&nbsp;żaden sposób nie nadaje się do spania. Zamiast niej do mojej własnej poszewki na poduszkę włożyłem poskładany w&nbsp;kostkę koc; przynajmniej to nie jest tak morderczo miękkie. Trochę mnie zaskoczył fakt, że po całym tym remoncie, niewiele tu jest rzeczy, które by wyglądały na nowe. Ale w&nbsp;sumie mogłem się tego spodziewać. W&nbsp;końcu to Francja…
Pokój jest jednoosobowy i&nbsp;wyposażony jest w: szafę, biurko, półki, umywalkę (wreszcie z&nbsp;jednym, normalnym kranem), dwa krzesła i&nbsp;łóżko. Są też lampy: nad łóżkiem, nad umywalką i&nbsp;na biurku, ale nie ma lampy na suficie. W&nbsp;oknie mam żaluzje i&nbsp;mógłbym mieć też story (ale po co, skoro mam żaluzje?), za to nie mam firanek. Łóżko (materac na sprężynach) jest potwornie miękkie i&nbsp;pewnie dość długo będę się do niego przyzwyczajał. Pościel składa się z&nbsp;cieniutkiej kołderki i&nbsp;poduszki w&nbsp;kształcie długiego walca, która w&nbsp;żaden sposób nie nadaje się do spania. Zamiast niej do mojej własnej poszewki na poduszkę włożyłem poskładany w&nbsp;kostkę koc; przynajmniej to nie jest tak morderczo miękkie. Trochę mnie zaskoczył fakt, że po całym tym remoncie, niewiele tu jest rzeczy, które by wyglądały na nowe. Ale w&nbsp;sumie mogłem się tego spodziewać. W&nbsp;końcu to Francja…


Linia 177: Linia 167:
Ogólnie biorąc, da się tutaj żyć. Przez najbliższy miesiąc nie ma co liczyć na pralnię, telefony, telewizję i&nbsp;Internet; ale pranie można robić w&nbsp;pralniach innych akademików, budki telefoniczne są niedaleko, bez telewizji da się przeżyć, jeśli ma się radio, a&nbsp;dostęp do Internetu mam na uczelni. Z&nbsp;tym ostatnim jest jednak pewien problem: nie mogę już więcej instalować Gadu-Gadu {{):|}} (mogę za to korzystać z&nbsp;''chatrooms'').
Ogólnie biorąc, da się tutaj żyć. Przez najbliższy miesiąc nie ma co liczyć na pralnię, telefony, telewizję i&nbsp;Internet; ale pranie można robić w&nbsp;pralniach innych akademików, budki telefoniczne są niedaleko, bez telewizji da się przeżyć, jeśli ma się radio, a&nbsp;dostęp do Internetu mam na uczelni. Z&nbsp;tym ostatnim jest jednak pewien problem: nie mogę już więcej instalować Gadu-Gadu {{):|}} (mogę za to korzystać z&nbsp;''chatrooms'').


Tak naprawdę to, co najbardziej wkurza, to to, że pomimo całego tego burdelu, administracja wydaje się być całkowicie z&nbsp;siebie zadowolona – jakby wszystko było w&nbsp;zupełnym porządku. Na zajęciach uczyliśmy się ostatnio o&nbsp;różnych typach kulturowych poszczególnych narodów. Jedną z&nbsp;klasyfikacji jest podział na narody myślące „sekwencyjnie” i&nbsp;„synchronicznie”. Typowym przykładem kultury sekwencyjnej są Niemcy, którzy zadaną pracę wykonują w&nbsp;zadanym terminie, nie zastanawiając się nawet, czy to zadanie ma sens czy nie. Przedstawiciele kultur synchronicznych cały czas na bieżąco uaktualniają priorytety i&nbsp;terminy zadań. I&nbsp;wszystko jest już jasne: Francuzi są po prostu narodem synchronicznym,&nbsp;a w&nbsp;trakcie remontu najzwyczajniej zmieniły się priorytety! Są
[[File:pokoj_5.JPG|thumb|left|A to widok od strony drzwi.]]
usprawiedliwieni (choć nie powiem, że dają się przez to bardziej lubić).
Tak naprawdę to, co najbardziej wkurza, to to, że pomimo całego tego burdelu, administracja wydaje się być całkowicie z&nbsp;siebie zadowolona – jakby wszystko było w&nbsp;zupełnym porządku. Na zajęciach uczyliśmy się ostatnio o&nbsp;różnych typach kulturowych poszczególnych narodów. Jedną z&nbsp;klasyfikacji jest podział na narody myślące „sekwencyjnie” i&nbsp;„synchronicznie”. Typowym przykładem kultury sekwencyjnej są Niemcy, którzy zadaną pracę wykonują w&nbsp;zadanym terminie, nie zastanawiając się nawet, czy to zadanie ma sens czy nie. Przedstawiciele kultur synchronicznych cały czas na bieżąco uaktualniają priorytety i&nbsp;terminy zadań. I&nbsp;wszystko jest już jasne: Francuzi są po prostu narodem synchronicznym,&nbsp;a w&nbsp;trakcie remontu najzwyczajniej zmieniły się priorytety! Są usprawiedliwieni (choć nie powiem, że dają się przez to bardziej lubić).


Są też plusy mieszkania w&nbsp;La Somme. Jednym z&nbsp;nich jest lokalizacja; żeby dojść do mojego instytutu wystarczy przejść na drugą stronę ulicy. Zaletą są też sąsiedzi – głównie studenci z&nbsp;tego samego instytutu, często cudzoziemcy (oprócz mnie jest jeszcze trójka Polaków) i&nbsp;na ogół chrześcijanie. Atmosfera jest więc dosyć miła i&nbsp;myślę, że wszystko się w&nbsp;końcu jakoś tutaj ułoży.
Są też plusy mieszkania w&nbsp;La Somme. Jednym z&nbsp;nich jest lokalizacja; żeby dojść do mojego instytutu wystarczy przejść na drugą stronę ulicy. Zaletą są też sąsiedzi – głównie studenci z&nbsp;tego samego instytutu, często cudzoziemcy (oprócz mnie jest jeszcze trójka Polaków) i&nbsp;na ogół chrześcijanie. Atmosfera jest więc dosyć miła i&nbsp;myślę, że wszystko się w&nbsp;końcu jakoś tutaj ułoży.
Linia 185: Linia 175:


== Historia miasta do 1681 roku ==
== Historia miasta do 1681 roku ==
Strasburg, 7 października 2003 r.
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">Strasburg, 7 października 2003 r.</div>
 
Witam,
Witam,


Linia 228: Linia 217:
Sąsiedzkie współżycie obu grup wyznaniowych nie układało się najlepiej, o czym najlepiej świadczyła wojna biskupów, która wynikła ze sporu o wybór strasburskiego biskupa. W 1592 r., po dwudziestu latach tego konfliktu kasa miejska była już całkowicie pusta, a do kryzysu finansowego przyczyniła się wysoka inflacja oraz inne kraje, które nie dotrzymywały swych zobowiązań finansowych. Pod koniec XVI w. Strasburg pod praktycznie wszystkimi względami, również demograficznym (liczył teraz 22 tys. mieszkańców) podupadł.
Sąsiedzkie współżycie obu grup wyznaniowych nie układało się najlepiej, o czym najlepiej świadczyła wojna biskupów, która wynikła ze sporu o wybór strasburskiego biskupa. W 1592 r., po dwudziestu latach tego konfliktu kasa miejska była już całkowicie pusta, a do kryzysu finansowego przyczyniła się wysoka inflacja oraz inne kraje, które nie dotrzymywały swych zobowiązań finansowych. Pod koniec XVI w. Strasburg pod praktycznie wszystkimi względami, również demograficznym (liczył teraz 22 tys. mieszkańców) podupadł.


W pierwszej połowie XVII w. będące efektem reformacji wojny religijne, które toczyły się w różnych krajach europejskich, przeobraziły się wreszcie w długą, krwawą i wyniszczającą rzeź, która przeszła do historii jako Wojna Trzydziestoletnia. Choć toczyła się głównie na terenie Niemiec, to był to pierwszy konflikt, w który zaangażowane były prawie wszystkie kraje europejskie. Mimo, że Strasburg przez większą część wojny formalnie pozostawał neutralny, to chcąc, nie chcąc, znalazł się w środku tego piekła. Wojna spowodowała kolejny kryzys gospodarczy, który mocno dotknął i jeszcze bardziej osłabił miasto. W 1631 r. Strasburg przyłączył się do Ligi Protestanckiej,
W pierwszej połowie XVII w. będące efektem reformacji wojny religijne, które toczyły się w różnych krajach europejskich, przeobraziły się wreszcie w długą, krwawą i wyniszczającą rzeź, która przeszła do historii jako Wojna Trzydziestoletnia. Choć toczyła się głównie na terenie Niemiec, to był to pierwszy konflikt, w który zaangażowane były prawie wszystkie kraje europejskie. Mimo że Strasburg przez większą część wojny formalnie pozostawał neutralny, to chcąc, nie chcąc, znalazł się w środku tego piekła. Wojna spowodowała kolejny kryzys gospodarczy, który mocno dotknął i jeszcze bardziej osłabił miasto. W 1631 r. Strasburg przyłączył się do Ligi Protestanckiej,
która razem z Francją, Szwecją i innymi mocarstwami ostatecznie odniosła pyrrusowe zwycięstwo nad Habsburgami.
która razem z Francją, Szwecją i innymi mocarstwami ostatecznie odniosła pyrrusowe zwycięstwo nad Habsburgami.


Linia 238: Linia 227:


== Historia miasta po 1681 roku ==
== Historia miasta po 1681 roku ==
Strasburg, 18 października 2003 r.
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">Strasburg, 18 października 2003 r.</div>
 
Witam,
Witam,


Linia 258: Linia 246:
18 lipca 1789 r., gdy po kilkudniowych walkach w Paryżu upadała Bastylia, mieszkańcy Strasburga zgromadzili się na największym placu, żeby pokrzyczeć trochę „Niech żyje król!”, po czym rozeszli się do domów. Ale już trzy dni później ratusz został ograbiony, a tym samym w Strasburgu rozpoczęła się Wielka Rewolucja Francuska czyli kilkanaście lat barbarzyństwa w imię szczytnych ideałów, z którego – nie wiem dlaczego – Francuzi są tak dumni. Katedra została ogołocona i zamieniona w „świątynię rozumu”. Wieża katedralna ocalała tylko dzięki temu, że powieszono na niej olbrzymią czerwoną czapkę, symbol Rewolucji. W innych kościołach urządzono chlewy lub magazyny.
18 lipca 1789 r., gdy po kilkudniowych walkach w Paryżu upadała Bastylia, mieszkańcy Strasburga zgromadzili się na największym placu, żeby pokrzyczeć trochę „Niech żyje król!”, po czym rozeszli się do domów. Ale już trzy dni później ratusz został ograbiony, a tym samym w Strasburgu rozpoczęła się Wielka Rewolucja Francuska czyli kilkanaście lat barbarzyństwa w imię szczytnych ideałów, z którego – nie wiem dlaczego – Francuzi są tak dumni. Katedra została ogołocona i zamieniona w „świątynię rozumu”. Wieża katedralna ocalała tylko dzięki temu, że powieszono na niej olbrzymią czerwoną czapkę, symbol Rewolucji. W innych kościołach urządzono chlewy lub magazyny.


W lutym 1790 r. na burmistrza wybrano barona '''Frédérica de Dietricha''' (1748–1793), wprawdzie arystokratę, ale liberalnego, zwolennika monarchii konstytucyjnej. Starał się, jak mógł, utrzymać względny spokój w mieście i w nowo utworzonym powiecie
W lutym 1790 r. na burmistrza wybrano barona '''Frédérica de Dietricha''' (1748–1793), wprawdzie arystokratę, ale liberalnego, zwolennika monarchii konstytucyjnej. Starał się, jak mógł, utrzymać względny spokój w mieście i w nowo utworzonym powiecie Dolny Ren (za Rewolucji cała Francja została podzielona na prawie sto istniejących do dzisiaj, mniej więcej równej wielkości ''départements'', których nazwy przeważnie pochodzą od rzek). Dość dużym kłopotem dla nowego burmistrza było przekonanie katolików, że zapanowała teraz równość i że prawo do wyboru biskupa mają wszyscy, również ateiści, luteranie i Żydzi.
Dolny Ren (za Rewolucji cała Francja została podzielona na prawie sto istniejących do dzisiaj, mniej więcej równej wielkości ''départements'', których nazwy przeważnie pochodzą od rzek). Dość dużym kłopotem dla nowego burmistrza było przekonanie katolików,
że zapanowała teraz równość i że prawo do wyboru biskupa mają wszyscy, również ateiści, luteranie i Żydzi.


W kwietniu 1792 r. rozgorzała wojna między rewolucyjną Francją a koalicją sąsiednich monarchii zaniepokojonych tym, co się tam dzieje, zwłaszcza po tym, jak w styczniu 1793 r. żyrondyści zgilotynowali króla. Działania wojenne nie ominęły, rzecz jasna, Strasburga. Podczas walk z Austriakami pewien młody strasburski oficer, '''Rouget de L’Isle''', napisał „Pieśń wojenną Armii Reńskiej”, która tak szybko zyskała na popularności, że wkrótce potem śpiewano ją na drugim końcu Francji. Ostatecznie najbardziej rozprzestrzeniła się jej marsylijska wersja, która z czasem stała się francuskim hymnem narodowym, ale to właśnie de L’Isle uważany jest za autora „Marsylianki”. W maju 1793 r. do władzy doszli jakobini wprowadzając politykę terroru i gilotynując kogo się da. Do Strasburga wysłano bardzo aktywnych działaczy, Saint-Justa i Lebasa, którzy bardzo ostro sterroryzowali miasto. De Dietrich został oskarżony o oddanie miasta wrogom, kryzys finansowy i nieurodzaj, i – jak łatwo się domyśleć – powędrował pod gilotynę.
W kwietniu 1792 r. rozgorzała wojna między rewolucyjną Francją a koalicją sąsiednich monarchii zaniepokojonych tym, co się tam dzieje, zwłaszcza po tym, jak w styczniu 1793 r. żyrondyści zgilotynowali króla. Działania wojenne nie ominęły, rzecz jasna, Strasburga. Podczas walk z Austriakami pewien młody strasburski oficer, '''Rouget de L’Isle''', napisał „Pieśń wojenną Armii Reńskiej”, która tak szybko zyskała na popularności, że wkrótce potem śpiewano ją na drugim końcu Francji. Ostatecznie najbardziej rozprzestrzeniła się jej marsylska wersja, która z czasem stała się francuskim hymnem narodowym, ale to właśnie de L’Isle uważany jest za autora „Marsylianki”. W maju 1793 r. do władzy doszli jakobini, wprowadzając politykę terroru i gilotynując, kogo się da. Do Strasburga wysłano bardzo aktywnych działaczy, Saint-Justa i Lebasa, którzy bardzo ostro sterroryzowali miasto. De Dietrich został oskarżony o oddanie miasta wrogom, kryzys finansowy i nieurodzaj, i – jak łatwo się domyślić – powędrował pod gilotynę.


Wyparcie Austriaków z Alzacji i stracenie Robespierre’a w 1794 r. przyniosło wszystkim ulgę, a za rządów Dyrektoriatu (1795–99) rozpoczęło się odbudowywanie Strasburga. Przede wszystkim starano się odtworzyć infrastrukturę komunikacyjną; naprawiano drogi, rozpoczęto budowę nowego, 400-metrowego mostu na Renie oraz kanału Rodan–Ren. Strasburg stał się ważnym punktem w międzynarodowych połączeniach pocztowych, a w 1798 r. uruchomiono telegraf optyczny, pozwalający przesłać wiadomość ze Strasburga do Paryża w półtorej godziny. Wprowadzona przez Wielką Brytanię i jej koalicjantów blokada kontynentalna paradoksalnie przyczyniła się do rozwoju gospodarczego Strasburga.
Wyparcie Austriaków z Alzacji i stracenie Robespierre’a w 1794 r. przyniosło wszystkim ulgę, a za rządów Dyrektoriatu (1795–99) rozpoczęło się odbudowywanie Strasburga. Przede wszystkim starano się odtworzyć infrastrukturę komunikacyjną; naprawiano drogi, rozpoczęto budowę nowego, 400-metrowego mostu na Renie oraz kanału Rodan–Ren. Strasburg stał się ważnym punktem w międzynarodowych połączeniach pocztowych, a w 1798 r. uruchomiono telegraf optyczny, pozwalający przesłać wiadomość ze Strasburga do Paryża w półtorej godziny. Wprowadzona przez Wielką Brytanię i jej koalicjantów blokada kontynentalna paradoksalnie przyczyniła się do rozwoju gospodarczego Strasburga.
Linia 298: Linia 284:


== Studia ==
== Studia ==
Strasburg, 25 października 2003 r.
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">Strasburg, 25 października 2003 r.</div>
 
Cześć,
Cześć,


Linia 314: Linia 299:
Wróćmy jednak do prac zespołowych. Studentów zagranicznych jest tu dosyć dużo, więc niektóre zespoły są prawdziwą mieszanką kulturową i dobrze: po pierwsze praca w takich zespołach jest ciekawsza, a po drugie daje to – jak mawiają spece od zarządzania – dodatkową synergię. Praca w drobnych, kilkuosobowych grupkach jest tu tak powszechna, że są nawet specjalne salki wyposażone w tablice, dwie lub trzy ławki i parę krzeseł, i które są zawsze otwarte, tak, żeby te małe zespoły projektowe miały się gdzie spotykać.
Wróćmy jednak do prac zespołowych. Studentów zagranicznych jest tu dosyć dużo, więc niektóre zespoły są prawdziwą mieszanką kulturową i dobrze: po pierwsze praca w takich zespołach jest ciekawsza, a po drugie daje to – jak mawiają spece od zarządzania – dodatkową synergię. Praca w drobnych, kilkuosobowych grupkach jest tu tak powszechna, że są nawet specjalne salki wyposażone w tablice, dwie lub trzy ławki i parę krzeseł, i które są zawsze otwarte, tak, żeby te małe zespoły projektowe miały się gdzie spotykać.


Miałem już okazję robić jeden projekt z przedmiotu ''Business in Europe'' (w liście pt. „Uczelnia” napisałem: ''European Management'', ale później okazało się, że nazwa jest jednak taka) w ośmioosobowej grupie amerykańsko-bułgarsko-francusko-hinduskoniemiecko-polskiej, przy czym – co może warto zauważyć – imiona Francuzek brzmiały: Maïmounai Saléha. Zadanie polegało na zaproponowaniu restrukturyzacji pewnej hipotetycznej firmy produkującej jedzenie dla zwierząt, a której rzeczywistym pierwowzorem był Mars Inc. Nasz zespół podzieliliśmy na dwie mniejsze grupki, z których jedna miała się zająć stworzeniem ogólnej wizji i długoterminowej strategii przedsiębiorstwa, a druga – planem działań na najbliższe pół roku. Podział odbył się na podstawie osobistych preferencji, ale – co ciekawe – pokrył się on z podziałami geograficznymi. Grupka odpowiadająca za „wizję” była zachodnia, a ta odpowiadająca za liczby – wschodnia; ja byłem w obu. Vivek zdecydowanie potwierdził stereotyp Hindusa jako osoby świetnie radzącej sobie z liczbami, choć Bułgarkę i mnie na początku zdziwiło to, że miał problemy z odczytywaniem dużych liczb i pytał nas na przykład: „to jest 5 milionów czy 50 milionów?” Ale potem wytłumaczył nam, że w Indiach obowiązuje nieco inny system liczbowy niż u nas: 10&nbsp;000 to jeszcze dziesięć tysięcy, ale 100&nbsp;000 to już jeden ''lakh'', 1&nbsp;000&nbsp;000 to dziesięć ''lakhs'' itd. Ostateczny projekt bardzo się udał, nasza wizja polegała na dotarciu do każdego kociego i psiego żołądka w Europie, a w ciągu najbliższych 6 miesięcy postanowiliśmy zamknąć wszystkie fabryki we Francji i w Wielkiej Brytanii.
Miałem już okazję robić jeden projekt z przedmiotu ''Business in Europe'' (w liście pt. „Uczelnia” napisałem: ''European Management'', ale później okazało się, że nazwa jest jednak taka) w ośmioosobowej grupie amerykańsko-bułgarsko-francusko-hinduskoniemiecko-polskiej, przy czym – co może warto zauważyć – imiona Francuzek brzmiały: Maïmouna i Saléha. Zadanie polegało na zaproponowaniu restrukturyzacji pewnej hipotetycznej firmy produkującej jedzenie dla zwierząt, a której rzeczywistym pierwowzorem był Mars Inc. Nasz zespół podzieliliśmy na dwie mniejsze grupki, z których jedna miała się zająć stworzeniem ogólnej wizji i długoterminowej strategii przedsiębiorstwa, a druga – planem działań na najbliższe pół roku. Podział odbył się na podstawie osobistych preferencji, ale – co ciekawe – pokrył się on z podziałami geograficznymi. Grupka odpowiadająca za „wizję” była zachodnia, a ta odpowiadająca za liczby – wschodnia; ja byłem w obu. Vivek zdecydowanie potwierdził stereotyp Hindusa jako osoby świetnie radzącej sobie z liczbami, choć Bułgarkę i mnie na początku zdziwiło to, że miał problemy z odczytywaniem dużych liczb i pytał nas na przykład: „to jest 5 milionów czy 50 milionów?” Ale potem wytłumaczył nam, że w Indiach obowiązuje nieco inny system liczbowy niż u nas: 10&nbsp;000 to jeszcze dziesięć tysięcy, ale 100&nbsp;000 to już jeden ''lakh'', 1&nbsp;000&nbsp;000 to dziesięć ''lakhs'' itd. Ostateczny projekt bardzo się udał, nasza wizja polegała na dotarciu do każdego kociego i psiego żołądka w Europie, a w ciągu najbliższych 6 miesięcy postanowiliśmy zamknąć wszystkie fabryki we Francji i w Wielkiej Brytanii.


W poniedziałki i we wtorki mam zajęcia po południu, a od środy do piątku – rano. Oczywiście w chodzeniu do szkoły na rano nie ma nic przyjemnego, nawet jeśli z pokoju na zajęcia idzie się trzy minuty. Tym bardziej, że wszystkie studenckie imprezy są w czwartki lub czasami we środy. W łikendy nic się nie dzieje, bo większość Francuzów jedzie wtedy do domów. A w najbliższym tygodniu to już w ogóle nikogo nie będzie, bo ostatni tydzień października to ferie Wszystkich Świętych. Ja bym to nazwał trochę dłuższym łikendem, ale miejscowi mówią na to: „wakacje”. Tak więc będę miał trochę czasu i spokoju, żeby wreszcie porządnie wziąć się do nauki i popchnąć trochę do przodu pracę nad niektórymi projektami, bo w listopadzie czekają mnie kolejne prezentacje.
W poniedziałki i we wtorki mam zajęcia po południu, a od środy do piątku – rano. Oczywiście w chodzeniu do szkoły na rano nie ma nic przyjemnego, nawet jeśli z pokoju na zajęcia idzie się trzy minuty. Tym bardziej, że wszystkie studenckie imprezy są w czwartki lub czasami we środy. W łikendy nic się nie dzieje, bo większość Francuzów jedzie wtedy do domów. A w najbliższym tygodniu to już w ogóle nikogo nie będzie, bo ostatni tydzień października to ferie Wszystkich Świętych. Ja bym to nazwał trochę dłuższym łikendem, ale miejscowi mówią na to: „wakacje”. Tak więc będę miał trochę czasu i spokoju, żeby wreszcie porządnie wziąć się do nauki i popchnąć trochę do przodu pracę nad niektórymi projektami, bo w listopadzie czekają mnie kolejne prezentacje.
Linia 321: Linia 306:
W „Wieściach ze Strasburga” pojawia się wreszcie nowy dział. Wprawdzie od dłuższego czasu, to znaczy od początku, redakcja jest jednoosobowa, ale mimo to postara się odpowiadać na ciekawsze listy czytelników. Mam nadzieję, że listy takie będą napływać i że ten nowy dział zostanie utrzymany.
W „Wieściach ze Strasburga” pojawia się wreszcie nowy dział. Wprawdzie od dłuższego czasu, to znaczy od początku, redakcja jest jednoosobowa, ale mimo to postara się odpowiadać na ciekawsze listy czytelników. Mam nadzieję, że listy takie będą napływać i że ten nowy dział zostanie utrzymany.


A oto list nadesłany przez panią Janinę Marię Rokitę:
A oto list nadesłany przez panią [[Kostek|Janinę Marię Rokitę]]:


:Szanowny Panie redaktorze «Wieści ze Strasburga»,
:Szanowny Panie redaktorze «Wieści ze Strasburga»,
Linia 350: Linia 335:


Pozdrawiam, tym goręcej, że podobno już u Was śnieg,
Pozdrawiam, tym goręcej, że podobno już u Was śnieg,
== Urząd ==
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">Strasburg, 1 listopada 2003 r.</div>
<poem>godziny otwarcia:
12:00 – 13:30
z półtoragodzinną przerwą na obiad
w week-endy (sobota – poniedziałek) nieczynne</poem>
Witam,
Mniej więcej tak, jak napisałem w nagłówku, mogłyby wyglądać tabliczki na drzwiach wszystkich tutejszych urzędów i instytucji, gdyby tylko francuskim urzędnikom chciało się takie tabliczki wywieszać. Ale ponieważ z reguły nie wywie­szają, to nie ma stresu; trzeba tylko liczyć na łut szczęścia, że akurat się trafi na moment, gdy ktoś w nagłym przypływie służbowej gorliwości przyszedł do pracy. A jeżeli już je na­wet wywieszają, to w środku, więc można je zobaczyć tylko w godzinach otwarcia. Sprytne, nie?
Z tym „week-endem” (wiem, że po angielsku powinno się pisać razem, ale Francuzi wolą pisać z kreską; może tak jest bardziej po francusku?) to może trochę przesa­dziłem, ale na przykład banki naprawdę są zamknięte w poniedziałki.
Wprawdzie najgorszy okres załatwiania przeróżnych formalności mam już prak­tycz­nie za sobą (choć trochę papierków jeszcze mi zostało do złożenia, odebrania czy podpisania…), ale, co się nastałem w kolejkach, to moje. Spróbuję Wam po krótce opi­sać, jak wyglądają tutejsze urzędy. Choć, jeżeli pamiętacie „dom, który czyni szalo­nym” odwiedzony kiedyś przez Asteriksa i Obeliksa („12 prac Asteriksa”), to powinniś­cie wiedzieć, jak to wygląda.
Najważniejsze, co trzeba wiedzieć o Francuzach, a o francuskich urzędnikach i urzęd­niczkach w szczególności, to to, że nigdzie im się nie śpieszy. W ich ruchach nie zauważylibyście ani odrobiny nerwowości czy niecierpliwości; wszystko robią spo­koj­nie, bezstresowo i nigdy nikogo nie poganiają. Po prostu mają dużo czasu.
Dzięki temu kolejki są odpowiednio długie, stosownie do wagi sprawy, którą należy załat­wić, a do tego ciągle się powiększają. Oczywiście najdłuższe były kolejki po poz­wolenie na pobyt (''carte de séjour'') i z tym miałem najwięcej problemów. Ostatecznie udało mi się zło­żyć podanie o pozwolenie na pobyt za piątym podejściem (nie licząc tych podejść, kiedy okazywało się, że jest po prostu zamknięte).
'''Podejście pierwsze:''' Spoko, kolejki jeszcze są w miarę krótkie, czeka się jakieś 20 minut, chyba nie więcej. Stojąc w kolejce spotykam koleżanki z Polski, których papie­rów nie przyjęli, bo nie miały w paszporcie pieczątki wbitej na granicy UE. Kombinują, jakby tu ją zdobyć – jechać na lotnisko, na granicę szwajcarską, do konsulatu polskie­go, czy gdzie? Ja też nie mam, ale myślę sobie, że jakoś to będzie. I rzeczywiście – kiedy wreszcie dochodzę do biurka, okazuje się, że i tak nic nie załatwię, bo jakiś tam doku­ment mam nieskserowany, a w całym urzędzie nie mają kserokopiarki (bo i po co?). Zanim udało mi się porobić wymagane kopie, urząd mi zamknęli.
'''Podejście drugie:''' Uzbrojony w oryginały i kopie dokumentów wymaganych przez prefekturę (według sporządzonej przez prefekturę listy dokumentów, które należy załączyć do podania o pozwolenie na pobyt) stoję w tej samej kolejce, która zdążyła się już nieco wydłużyć. Dochodzę wreszcie do pana urzędnika i pokazuje mu swoje papiery. Zamiast paszportu podsunąłem mu ksero przedostatniej strony z szesnastoma różnymi pieczątkami, więc nawet na nie nie popatrzył. Okazało się natomiast, że aby dostać pozwolenie na pobyt, należy przejść dość drogie badania medyczne. Zwolnieni z nich są jednak studenci z programu Erasmus. Tylko że ja akurat nie miałem przy sobie zaświadczenia, że jestem „erasmusem”, bo nie było go na liście wymaganych dokumentów.
'''Podejście trzecie:''' Powiedzmy, że do tej pory to była moja wina. Mogłem był się domyślić, że należy zabrać oryginały i po trzy kopie wszystkich dokumentów, jakie w ogóle posiadam. Ale tym razem pani urzędniczka – a właściwie chyba jakaś głupia stażystka – domagała się oryginału mojego aktu urodzenia. Co z tego, że miałem tłuma­czenie przysięgłe, a z oryginału, który jest w Polsce, i tak nic by nie zrozumiała? Bez oryginału się nie obej­dzie i już!
'''Podejście czwarte:''' Do tej pory chodziłem zawsze do specjalnego oddziału prefek­tury przeznaczonego dla studentów. Pomyślałem sobie, że może w budynku głównym, przy Placu Republiki, będą bardziej kompetentni ludzie. Wszedłem więc do obszernej sali z kilkunastoma okienkami dookoła. Połowa z nich była przeznaczona dla cudzoziem­ców, ale tylko jedno było otwarte. Pobrałem z maszyny numerek (455) i poszedłem na spacer po okolicy. Kiedy wróciłem, na tablicy nad okienkiem świeciło się 446, więc po­stanowiłem już poczekać na miejscu… 447… 448… 449… 530. Co jest? Okazało się, że moje 455 należy już do kolejnej tury; czyli trzeba poczekać, aż dojdzie do tysiąca, a potem znów do 455… W każdym razie, kiedy już dostałem się do okienka, pani wyjaś­niła mi, że wprawdzie moje papiery są zupełnie w porządku (choć przydałby się może jeszcze wyciąg z rachunku bankowego), ale i tak nie mogę ich złożyć, bo muszę to zro­bić w tym oddziale dla studentów…
A więc jeszcze wyciąg z rachunku bankowego. Ale najpierw muszę złożyć w banku zaświadczenie o miejscu zamieszkania. A ja dopiero co się przeprowadziłem, więc mu­szę poczekać, aż mi takie zaświadczenie wypiszą…
'''Podejście piąte:''' Na szczęście nigdy nie trafiałem na tego samego urzędnika. To dawało mi nadzieję, że za którymś razem natknę się wreszcie na kogoś, kto nie jest aż tak upierdliwy. No i do pięciu razy sztuka! Facet przyjął połowę z tych papierów, które mu przyniosłem, a które miały być „niezbędne”. Do tego dla niego czas już zupełnie nie istniał… Kiedy poprawiał moje podanie korektorem i spokojnie czekał, aż wyschnie… Kiedy czekał, aż coś tam jeszcze dokseruję… Bądź co bądź, nareszcie odszedłem z tak upragnionym kwitkiem! Pozwolenie na pobyt do odebrania w listopadzie…
Przy okazji, Motyl, dzięki za wsparcie moralne podczas tych urzędowych przygód!
W dniu, kiedy pisałem ten list, było akurat Święto Wszystkich Świętych, w związku z czym poszedłem sobie zwiedzić pobliski cmentarz. Akurat tego dnia zro­biła się wy­jątkowo śliczna pogoda, w sam raz na spacer po cmentarzu. Cmentarz św. Urbana jest niewielki i leży prawie w środku miasta. Wiele osób tu pochowanych zmar­ło jeszcze w XIX w., ale nawet na nowych grobach przeważają niemieckie naz­wiska. Nagrobki – tak jak i u nas – przypominają małe pomniki. Ogólnie cmentarz jest zadbany i ładny, choć niektóre, starsze groby są podniszczone.
Wbrew temu, czego się spodziewałem, byli tam też żywi ludzie. Nie było takich tłumów jak u nas na Wszystkich Świętych, ale nie było też pusto. Na grobach ludzie składali przeważnie świeże kwiaty lub specjalne stroiki. Za to zniczów prawie w ogóle nie było, choć można je było kupić przy wejściu na cmentarz (zwyczaj palenia zniczów jest mało znany we Francji).
A ja zapalam taki oto wirtualny znicz:
[[Plik:Znicz ikonka.png|100px|Wirtualny znicz]]
Pozdrawiam i do następnych wieści!
== Alzacja ==
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">Strasburg, 8 listopada 2003 r.</div>
Cześć,
Patrząc na mapę administracyjną Francji, widać wyraźnie, że Strasburg jest stoli­cą niewielkiego regionu o nazwie Alzacja. Ale z historycznego i kulturowego punktu widzenia Strasburg i Alzacja niewiele mają ze sobą wspólnego. Przez wieki luterański i niemieckojęzyczny Strasburg leżał nie w, ale obok katolickiej i alzackojęzycznej Al­zacji. Niemniej wypada mi cokolwiek napisać o tej krainie, tym bardziej, że ostatnio zebrałem się wreszcie i udałem się – niestety sam – na małą rowerową wycieczkę po Alzacji.
Alzacja (franc. ''Alsace'', niem. ''Elsaß'') leży wciśnięta pomiędzy Ren na wschodzie a pasmo Wogezów na zachodzie. Równina Alzacka ma nie więcej niż 30 km szerokości (w linii wschód-zachód), ale za to prawie 170 km długości. Od zachodu graniczy z francuską Lotaryngią, od południa – ze Szwajcarią, a od wschodu i północy – z Niemcami (Badenią i regionem Saary). Administracyjnie dzieli się na tylko dwa po­wiaty: Dolny Ren z siedzibą władz w Strasburgu oraz Górny Ren, którego główne mia­sta to Miluza (''Mulhouse'') i Kolmar (''Colmar'').
Jak już wspomniałem, Alzatczycy mają swój własny język. Z tego, co się orientuję, to przypomina on trochę badeńskie, szwajcarskie i zachodnioaustriackie dialekty nie­mieckiego. Alzacki nie jest bynajmniej martwym językiem. Mieszkańcy alzackich wsi, zwłaszcza starsi, nadal posługują się tą mową na co dzień, a nawet jeśli mówią po fran­cusku, to z tak silnym alzackim akcentem, że inni Francuzi (nie mówiąc o mnie) mają trudność z ich zrozumieniem. Językową odrębność Alzacji widać też w nazwach miejs­cowości, z których połowa tutaj kończy się na ''-heim''.
Najbardziej znanym symbolem Alzacji jest przynoszący szczęście bocian. Popula­cja tych ptaków znacznie tutaj spadła w XX w., ale obecnie czyni się starania, żeby je przywrócić. Dzięki temu bociany można teraz spotkać nawet w Oranżerii, w środku Strasburga. A poza tym, od bocianów aż się roi we wszystkich sklepach z pamiątkami. Pluszowy bocian jest tu zdecydowanie najpopularniejszą maskotką.
Poznawanie Alzacji rozpocząłem jednakowoż w Strasburgu, a dokładnie – w etno­graficznym Muzeum Alzackim. Muzeum to jest bardzo ładnie urządzone w kilku sta­rych domkach z typowym dla tych terenów murem pruskim i bardzo malowniczymi pod­wórkami o charakterystycznych balkonikach. Wystawa przedstawia m.in. kolejne etapy tradycyjnego życia Alzatczyka i można tam oglądnąć na przykład specjalne składane fotele porodowe, zabawki dla dzieci, stroje nowożeńców… Najbardziej charakterystycznym elementem alzackiego stroju ludowego jest kobiece nakrycie głowy z dwiema wielkimi, czarnymi (rzadziej czerwonymi) kokardami. Dziewczynki w strojach ludowych wyglądają przez to trochę tak, jakby należały do fanklubu Myszki Miki.
Bardzo ciekawe są też te części muzeum, które pokazują tradycyjne alzackie rze­miosła: kowalstwo, złotnictwo, garncarstwo, powroźnictwo, górnictwo, wyrób sztucz­nych kwiatów, serowarstwo, winiarstwo i inne. Jest tam również wystawa poświęcona ludowej sztuce sakralnej trzech głównych wyznań Alzacji: katolików (np. figurki świę­tych), luteran (biblie, śpiewniki) i Żydów (narzędzia do obrzezania itp.). Pewne wraże­nie robią też rekonstrukcje różnych pomieszczeń w typowym wiejskim domu. Najbar­dziej podobała mi się oczywiście kuchnia. A najbardziej mnie zdziwił dziewiętnasto­wieczny dzban, na którym zamiast motywów ludowych widniał francuski napis: „Niech żyje Rewolucja 1848 r.”
W niedzielę po Wszystkich Świętych wybrałem się już w podróż po samej Alzacji. Najpierw pojechałem – oczywiście rowerem – wzdłuż kanału biegnącego równolegle do rzeczki Bruche. Miejski krajobraz aglomeracji strasburskiej bardzo szybko ustąpił wioskom, polom i lasom. Po kilkunastu kilometrach skręciłem w trasę rowerową ciągną­cą się wzdłuż szosy, która prowadzi przez małe, senne miasteczka. W Molsheim włą­czyłem się w jeden z najbardziej znanych szlaków turystycznych Alzacji czyli prowa­dzącą wzdłuż prawie całego regionu Drogę Wina.
Wreszcie po około trzydziestu kilometrach licząc od Strasburga dojechałem do Obernai. Według przewodników jest to najbardziej typowa alzacka miejscowość. I rzeczywiście, otoczona nowoczesnymi blokowiskami jest tu mała, ale bardzo malownicza średniowieczna starówka. Szczególnie ładne są: XIV-wieczny ratusz oraz rzeź­nia i fontanna z XVI stulecia. Jest też dużo charakterystycznych alzackich domków, jak również pozostałości murów miejskich. Z ryneczku widać zaś górujące nad Obernai wzgórza z winnicami.
Warto też wspomnieć o tym, że Obernai to rodzinna miejscowość św. Otylii (nie jestem pewien, ale myślę, że to właściwy polski odpowiednik francuskiego imienia Od­ile), patronki Alzacji (a także niewidomych). Św. Otylia była córką panującego w VIII w. frankijskiego księcia Étichona. Według legendy, urodziła się ślepa, ale odzyskała wzrok w momencie chrztu. Prześladowana przez okrutnego ojca, który wolał mieć syna, uciekła i założyła klasztor na górze zwanej dziś Górą św. Otylii. To chyba nieda­leko od Obernai i może wybiorę się tam innym razem.
Ogólnie pierwszy kontakt z Alzacją bardzo mi się podobał. Myślę jednak, że dalsze zwiedzanie warto zostawić sobie na wiosnę, bo o bieżącej porze roku tutejszy krajobraz wygląda znacznie mniej ciekawie. No i trzeba będzie pomyśleć o innych środkach transportu, bo na rowerze jestem w stanie zwiedzać tylko to, co leży w promieniu do, powiedzmy, 40 km…
I to by było tyle w tym tygodniu. Pozdrawiam i do następnych wieści!
== Życie ==
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">Strasburg, 16 listopada 2003 r.</div>
Cześć,
Z różnych stron, nie tylko z domu, dochodzą do mnie prośby, abym oprócz felieto­nów o tematyce historycznej i socjologicznej pisał więcej o tym, jak mnie się tutaj ży­je. Zatem, choć mnie osobiście te sprawy wydają się znacznie mniej ciekawe, postaram się napisać trochę o mojej tu codzienności.
Na początek wrócę do sprawy fundamentalnej, czyli do jedzenia. Prawdopodobnie zastanawialiście się, jak długo można wyżyć na samych substytutach. Otóż pewnie nie­którzy mogą długo, ale nie ja. Właściwie to oszczędzałem tylko przez pierwszy mie­siąc, bo chciałem wiedzieć, ile wynoszą zupełnie minimalne wydatki. Ale potem uznałem, że bez sensu być we Francji i źle jeść. Zresztą, jak w przypadku wszystkich gospo­darstw domowych o niskich dochodach, zdecydowaną część moich wydatków stanowią zakupy żywności – to wie każdy, nawet zupełnie początkujący ekonomista. A skoro już tyle wydaję na jedzenie, to lepiej wydawać na jedzenie smaczne.
Z reguły przygotowuję sobie posiłki sam, w takich porach, do jakich jestem przyz­wyczajony z domu, a więc śniadanie na początek dnia i jakiś większy obiad wieczorem. Przykładowy obiad – jadłem taki w zeszłym tygodniu – to: rosół z makaronem (oczywiś­cie z proszku, dolewam do niego odrobinę oleju słonecznikowego, żeby były oka), filet z łososia smażony w czerwonym winie, makaron z lekko przytopionym serem pleśnio­wym, świeże (w miarę) pomidory, piwo. Innym razem może to być pizza lub naleśniki; staram się, żeby było jakieś urozmaicenie. A moje typowe śniadanie składa się z ba­gietki z serem i oliwkami (czasem jeszcze z tuńczykiem) lub jogurtu owocowego z müsli, no i herbaty. Czasem do picia robię sobie kwas chlebowy, ale niestety podsta­wowy składnik czyli chleb żytni jest tu dosyć drogi. Od czasu do czasu chadzam na stołówki studenckie. Okazuje się, że choć we wszystkich stołówkach ceny są zestanda­ryzowane, to jakość podawanych tam posiłków jest bardzo różna. Ostatnio byłem w chyba najlepszej, gdzie zjadłem naprawdę smacznego pstrąga. Niestety ta właśnie stołówka jest czynna tylko około południa, a to nie jest dla mnie pora obiadowa (no, czasami jest to dla mnie pora śniadaniowa).
Teraz o akademiku. Remont w zasadzie się już skończył, choć nie powiedziałbym, że akademik jest do końca wyremontowany. Ale przynajmniej działa już pralnia (jedno­razowe pranie z suszeniem kosztuje 3,30&nbsp;€; nie ma maszyn do prasowania, więc nicze­go nie prasuję) i sala telewizyjna (z której i tak nie korzystam). Kuchnie wyposażone są w palniki elektryczne, piekarniki i kuchenki mikrofalowe. W każdej kuchni jest też lodówka podzielona na małe kasetki zamykane na klucz. Podobno w grudniu mamy dos­tać lodówki do pokojów. Na każde piętro (około 30 osób) przypadają cztery ubikacje i tyleż pryszniców. Chyba jeszcze nie widziałem, żeby któryś z tych ostatnich był za­jęty. Właściwie jedyne, czego mi tu brakuje, to dostęp do Internetu – ciągle go obie­cują i ciągle go nie ma.
Rower jestem teraz zmuszony trzymać na zewnątrz. I choć go zawsze zapinam, a podwórko jest zamknięte po 11 w nocy, to kradzieży nie da się wykluczyć. Jeszcze nie wiem, co z nim zrobię w zimie – jeżeli zima w ogóle przyjdzie – a zwłaszcza na czas wyjazdu do Polski, kiedy nie będę na nim jeździł; ale zapewne jakoś go przemycę do pokoju. Jeszcze nie wiem jak, ale w końcu kombinowanie to polska specjalność, więc na pewno coś wymyślę.
Kaloryfery chyba dalej grają w nocy, ale wygląda na to, że już się do tego przyz­wyczaiłem, bo śpię bez problemów. Grzeją słabo, ale na wyposażeniu pokoju mam dwa ciepłe koce, więc nie marznę podczas snu. Pokój trzeba oczywiście sprzątać samemu. Można pożyczyć miotłę, a nawet odkurzacz, który robi dużo hałasu, ale za to nic nie zbiera. Na szczęście pokój nie jest duży, więc i sprzątania jest mało. Ja sam może się trochę zaniedbałem, bo strzyżenie u fryzjera kosztuje tu co najmniej kilkanaście euro, a wło­sy rosną. Może uda mi się kupić jakąś tanią maszynkę, to się sam ostrzygę.
A jeśli chodzi o zakupy, to najlepiej (tzn. najtaniej) robi się je w Niemczech. Dzię­ki temu, że mam rower i tę malutką lodóweczkę, mogę robić sobie trochę większe za­pasy. W niemieckim Lidlu niektóre artykuły są zdecydowanie tańsze niż we Francji, ale też we francuskich sklepach, jak na przykład we wspomnianym już kiedyś Mutancie, są bardzo tanie rzeczy. Najbliżej za to mam do supermarketu Atac, gdzie dostałem już nawet kartę stałego klienta, mimo że tam kupuję tylko bagietki po 0,50&nbsp;€ i piwo po 0,40&nbsp;€.
Zresztą nie tylko ja jeżdżę do Niemiec na zakupy. Dzień 11 listopada, który dla nas jest Świętem Niepodległości, a dla Francuzów – Świętem Zawieszenia Broni, w Stras­burgu można by nazwać Świętem Zakupów. Wszystko dlatego, że Niemcy tego dnia nie świętują (ciekawe dlaczego?), więc tamtejsze sklepy są otwarte jak zwykle. Tego dnia, na drodze do Kehl, po raz pierwszy widziałem tak duży korek w Strasburgu. Wszyscy Francuzi ze Strasburga ruszyli obchodzić rocznicę zwycięstwa nad swoimi sąsiadami, robiąc zakupy w ich supermarketach. Ja zresztą też.
No i tak tu sobie żyję, od jednych wieści ze Strasburga do następnych…
Trzymajcie się ciepło!


== Atmosfera ==
== Atmosfera ==
29 listopada 2003 r.
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">29 listopada 2003 r.</div>
Witam,


W zeszłym tygodniu wieści nie było, bo redakcja nie miała czasu. Ale za to w&nbsp;tym tygodniu postaram się napisać coś więcej. Temat [atmosfera Strasburga] jest dość ogólny, więc pewnie uda mi się dość dużo tutaj wcisnąć…
W zeszłym tygodniu wieści nie było, bo redakcja nie miała czasu. Ale za to w&nbsp;tym tygodniu postaram się napisać coś więcej. Temat jest dość ogólny, więc pewnie uda mi się dość dużo tutaj wcisnąć…


Trzeba przyznać, że strasburska starówka jest bardzo malownicza, ale mnie trudno na nią patrzeć inaczej jak przez pryzmat [[Kraków|Krakowa]]. Pomimo tego, jak bardzo mi się tu podoba, mam cały czas wrażenie, że Strasburgowi brakuje jednak czegoś, co ma moje miasto. Po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że tym, co ma Kraków, a&nbsp;czego nie ma Strasburg, jest… magia. Każdy, kto choć trochę pobył w&nbsp;Krakowie, zgodzi się zapewne, że Kraków jest miejscem zaczarowanym. Tam nic nie jest zwyczajne; w&nbsp;Krakowie każdy kamień mógłby opowiedzieć jakąś historię; wszystko owiane jest jakąś legendą, tajemnicą lub anegdotą; zaczarowani dorożkarze z&nbsp;zaczarowanymi końmi, czakram na Wawelu, człowiek zbierający końskie kupy, ale w&nbsp;stroju krakowskim, biała dama, bajgle, księżyc w&nbsp;butonierce… Nawet gołębie, które tu, w&nbsp;Strasburgu, i&nbsp;wszędzie indziej są zwykłymi ptakami srającymi na pomniki, w&nbsp;Krakowie są zaklętymi rycerzami. I&nbsp;właśnie to mam na myśli, pisząc o&nbsp;magii królewsko-stołecznego Krakowa; magii, której – przy całym uroku stolicy Alzacji – brakuje niestety Strasburgowi.
Trzeba przyznać, że strasburska starówka jest bardzo malownicza, ale mnie trudno na nią patrzeć inaczej jak przez pryzmat [[Kraków|Krakowa]]. Pomimo tego, jak bardzo mi się tu podoba, mam cały czas wrażenie, że Strasburgowi brakuje jednak czegoś, co ma moje miasto. Po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że tym, co ma Kraków, a&nbsp;czego nie ma Strasburg, jest… magia. Każdy, kto choć trochę pobył w&nbsp;Krakowie, zgodzi się zapewne, że Kraków jest miejscem zaczarowanym. Tam nic nie jest zwyczajne; w&nbsp;Krakowie każdy kamień mógłby opowiedzieć jakąś historię; wszystko owiane jest jakąś legendą, tajemnicą lub anegdotą; zaczarowani dorożkarze z&nbsp;zaczarowanymi końmi, czakram na Wawelu, człowiek zbierający końskie kupy, ale w&nbsp;stroju krakowskim, biała dama, bajgle, księżyc w&nbsp;butonierce… Nawet gołębie, które tu, w&nbsp;Strasburgu, i&nbsp;wszędzie indziej są zwykłymi ptakami srającymi na pomniki, w&nbsp;Krakowie są zaklętymi rycerzami. I&nbsp;właśnie to mam na myśli, pisząc o&nbsp;magii królewsko-stołecznego Krakowa; magii, której – przy całym uroku stolicy Alzacji – brakuje niestety Strasburgowi.
Linia 370: Linia 450:
Ci studenci – głównie miejscowi – którzy lubią działać, a&nbsp;nie podobają im się be-de-coś-tam, mogą się udzielać – jak&nbsp;i u&nbsp;nas – w&nbsp;samorządzie studenckim. Ale jest pewna różnica między samorządami w&nbsp;Polsce a&nbsp;tymi tutaj. Jak na razie na polskie uczelnie polityka nie dotarła, przynajmniej w&nbsp;takim natężeniu, jak we Francji. Tutaj komitety wyborcze dzielą się na prawicowe i&nbsp;lewicowe, i&nbsp;są – przynajmniej ideologicznie, nie wiem, czy organizacyjnie lub finansowo również – związane z&nbsp;konkretnymi partiami. Ponieważ na IECS komitet prawicowy intensywniej i&nbsp;bardziej agresywnie się reklamował, to ich program miałem okazję lepiej poznać. Był to w&nbsp;głównej mierze protest przeciwko egalitaryzacji na siłę polegającej na „równaniu w&nbsp;dół” i&nbsp;żądanie warunków do bardziej indywidualnego rozwoju. Ale był tam też atak na konkurencyjne, lewicowe komitety, które sprzymierzając się z&nbsp;„islamskimi fundamentalistami” stanowią zagrożenie dla „świeckości” uczelni (we Francji trwa teraz ostry konflikt pomiędzy pobożnymi muzułmankami, pragnącymi nosić obowiązujące w&nbsp;ich religii nakrycia głowy, a&nbsp;władzami szkolnymi, które nie chcą dopuścić do manifestacji czyichkolwiek przekonań religijnych w&nbsp;imię „laickiej republiki”).
Ci studenci – głównie miejscowi – którzy lubią działać, a&nbsp;nie podobają im się be-de-coś-tam, mogą się udzielać – jak&nbsp;i u&nbsp;nas – w&nbsp;samorządzie studenckim. Ale jest pewna różnica między samorządami w&nbsp;Polsce a&nbsp;tymi tutaj. Jak na razie na polskie uczelnie polityka nie dotarła, przynajmniej w&nbsp;takim natężeniu, jak we Francji. Tutaj komitety wyborcze dzielą się na prawicowe i&nbsp;lewicowe, i&nbsp;są – przynajmniej ideologicznie, nie wiem, czy organizacyjnie lub finansowo również – związane z&nbsp;konkretnymi partiami. Ponieważ na IECS komitet prawicowy intensywniej i&nbsp;bardziej agresywnie się reklamował, to ich program miałem okazję lepiej poznać. Był to w&nbsp;głównej mierze protest przeciwko egalitaryzacji na siłę polegającej na „równaniu w&nbsp;dół” i&nbsp;żądanie warunków do bardziej indywidualnego rozwoju. Ale był tam też atak na konkurencyjne, lewicowe komitety, które sprzymierzając się z&nbsp;„islamskimi fundamentalistami” stanowią zagrożenie dla „świeckości” uczelni (we Francji trwa teraz ostry konflikt pomiędzy pobożnymi muzułmankami, pragnącymi nosić obowiązujące w&nbsp;ich religii nakrycia głowy, a&nbsp;władzami szkolnymi, które nie chcą dopuścić do manifestacji czyichkolwiek przekonań religijnych w&nbsp;imię „laickiej republiki”).


[[Plik:pierogi.jpg|thumb|Raz zrobiliśmy sobie w  akademiku taką polsko-brazylijską ucztę: pierogi ruskie i ''brigadeiros''.]]
W akademiku atmosfera nie jest aż tak polityczna. Tu też były wybory do samorządu, ale była tylko jedna lista, więc wybór nie był duży. Pomimo wszelkich niedogodności życie towarzyskie jakoś tu się rozkręca. Zarówno na uczelni, jak&nbsp;i w&nbsp;akademikach, atmosfera jest bardzo międzynarodowa. Wśród sąsiadów, z&nbsp;którymi mniej lub bardziej się już zaprzyjaźniłem są Polacy, Brazylijczycy, Niemcy, Bułgarzy, Hiszpanie, Austriacy… No&nbsp;i w&nbsp;końcu Francuzi. W&nbsp;miarę, jak ludziom zaczyna się nudzić jedzenie samemu w&nbsp;swoich własnych pokojach, życie towarzyskie koncentruje się w&nbsp;kuchni. W&nbsp;ciągu ostatniego tygodnia koleżanki – Justyna, Asia i&nbsp;Flavia – przygotowały wspólnie dwie polsko-brazylijskie kolacje. Uczestniczyliśmy w&nbsp;nich również Henrique i&nbsp;ja. Jako dania główne były raz pierogi ruskie (mmmmmm…), a&nbsp;raz kluski śląskie; Henrique za to przygotował tradycyjne brazylijskie desery – czekoladowy i&nbsp;bananowy. No a&nbsp;ja zmywałem…
W akademiku atmosfera nie jest aż tak polityczna. Tu też były wybory do samorządu, ale była tylko jedna lista, więc wybór nie był duży. Pomimo wszelkich niedogodności życie towarzyskie jakoś tu się rozkręca. Zarówno na uczelni, jak&nbsp;i w&nbsp;akademikach, atmosfera jest bardzo międzynarodowa. Wśród sąsiadów, z&nbsp;którymi mniej lub bardziej się już zaprzyjaźniłem są Polacy, Brazylijczycy, Niemcy, Bułgarzy, Hiszpanie, Austriacy… No&nbsp;i w&nbsp;końcu Francuzi. W&nbsp;miarę, jak ludziom zaczyna się nudzić jedzenie samemu w&nbsp;swoich własnych pokojach, życie towarzyskie koncentruje się w&nbsp;kuchni. W&nbsp;ciągu ostatniego tygodnia koleżanki – Justyna, Asia i&nbsp;Flavia – przygotowały wspólnie dwie polsko-brazylijskie kolacje. Uczestniczyliśmy w&nbsp;nich również Henrique i&nbsp;ja. Jako dania główne były raz pierogi ruskie (mmmmmm…), a&nbsp;raz kluski śląskie; Henrique za to przygotował tradycyjne brazylijskie desery – czekoladowy i&nbsp;bananowy. No a&nbsp;ja zmywałem…


Od czasu do czasu wychodzimy też wieczorami na miasto. Są tu różne mniej lub bardziej atrakcyjne piwiarnie (''Bierstubes''), kluby, dyskoteki. Ale jak dotąd odwiedziłem tylko jeden lokal, o&nbsp;którym można by powiedzieć, że ma prawdziwy „klimat” – marokański. Oprócz zwykłych stolików, jest tam też przestrzeń usłana dywanami i&nbsp;poduszkami, na której siedzi się po turecku i&nbsp;bez butów. A&nbsp;poza piciem piwa, można też napić się jakiejś egzotycznej herbaty lub pozaciągać się nargilami (fajkami wodnymi z&nbsp;aromatyzowanym tytoniem; kosztuje to 10&nbsp;€, ale pali się w&nbsp;kilka osób). A&nbsp;oprócz tego można tam poznać różne miłe osoby i&nbsp;posiedzieć w&nbsp;naprawdę miłej atmosferze. Dlatego nie rozumiem, dlaczego taka fajna knajpa nazywa się Rzeźnia (''Abattoire''). Ale w&nbsp;każdym razie przyjmuję to. Na blachę!
Od czasu do czasu wychodzimy też wieczorami na miasto. Są tu różne mniej lub bardziej atrakcyjne piwiarnie (''Bierstubes''), kluby, dyskoteki. Ale jak dotąd odwiedziłem tylko jeden lokal, o&nbsp;którym można by powiedzieć, że ma prawdziwy „klimat” – marokański. Oprócz zwykłych stolików, jest tam też przestrzeń usłana dywanami i&nbsp;poduszkami, na której siedzi się po turecku i&nbsp;bez butów. A&nbsp;poza piciem piwa, można też napić się jakiejś egzotycznej herbaty lub pozaciągać się nargilami (fajkami wodnymi z&nbsp;aromatyzowanym tytoniem; kosztuje to 10&nbsp;€, ale pali się w&nbsp;kilka osób). A&nbsp;oprócz tego można tam poznać różne miłe osoby i&nbsp;posiedzieć w&nbsp;naprawdę miłej atmosferze. Dlatego nie rozumiem, dlaczego taka fajna knajpa nazywa się Rzeźnia (''Abattoire''). Ale w&nbsp;każdym razie przyjmuję to. Na blachę!
<small>(Jeśli ostatnie dwa zdania wydały Ci się niezrozumiałe, to trudno. Widocznie nie jesteś banjakiem.)</small>


=== List do redakcji ===
=== List do redakcji ===
Linia 392: Linia 475:


Serdecznie dziękuję Pani za ten list. Zgodnie z&nbsp;Pani życzeniem, obiecuję napisać co nieco o&nbsp;diasporze żydowskiej w&nbsp;Strasburgu w&nbsp;następnym liście. A&nbsp;tymczasem pozdrawiam Panią, Mordka, Icka oraz wszystkich stałych i&nbsp;sporadycznych czytelników „Wieści”.
Serdecznie dziękuję Pani za ten list. Zgodnie z&nbsp;Pani życzeniem, obiecuję napisać co nieco o&nbsp;diasporze żydowskiej w&nbsp;Strasburgu w&nbsp;następnym liście. A&nbsp;tymczasem pozdrawiam Panią, Mordka, Icka oraz wszystkich stałych i&nbsp;sporadycznych czytelników „Wieści”.
== Boże Narodzenie ==
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">Strasburg, 19 grudnia 2003 r.</div>
Witam w wydaniu świątecznym!
Koniec semestru był dla mnie czasu zarówno intensywnej nauki, jak i intensywnego imprezowania, dlatego przez dłuższy czas nie było żadnych wieści ze Strasburga. Ale skoro już jestem po egzaminach, to najwyższy czas coś skrobnąć, a że zbliżają się Święta, to będzie o Świętach. Wiem, w poprzednim liście obiecałem napisać coś o miejscowej diasporze żydowskiej, ale pani Bąbelsztajn zgodziła się trochę poczekać.
Właściwie, to będę kontynuował temat z poprzedniego listu, to znaczy, będzie o atmosferze, z tym, że o atmosferze Bożego Narodzenia. Tak naprawdę, to niewiele się to różni od tego, co znamy z Krakowa. Myślę, że przynajmniej w tej części Euro­py większość bożonarodzeniowych tradycji wywodzi się z Niemiec. Nieważne więc czy jesteśmy po tej (Polska) czy po tamtej (Alzacja) stronie Niemiec, bo mamy te same jarmarki, choinki, bombki, grzańce, pierniki, jasełka, światełka i kebaby. Różnica jest co najwyżej ilościowa – tutaj to wszystko jest zrobione z większym rozmachem – ale nie jakościowa; jak się przyjrzeć poszczególnym elementom świątecznego wystroju mia­sta, to nie znajdziemy niczego, co by nas zaskoczyło.
W Strasburgu najstarszym i najsłynniejszym jarmarkiem świątecznym jest ''Christ­kindelmärik''. Wywodzi się on ze średniowiecznego jarmarku św. Mikołaja. W dobie re­formacji protestanci, chcąc zerwać z kultem świętych, przemianowali ten targ na jar­mark dzieciątka Jezus. Obecnie można by to nazwać co najwyżej świętem zakupów, ale nazwa pozostała. A kto – możecie spytać – przynosi dzieciom prezenty, jeśli nie Mikołaj? Otóż tutaj zajmuje się tym ''Père Noël'' (dosłownie: Ojciec Boże Narodzenie), taki białobrody pajac w czerwonym płaszczu, który co roku przyjeżdża na… osiołku. Jeśli chce się dostać prezent, to koniecznie trzeba mieć przygotowaną marchewkę dla osiołka.
Od ok. 1870 r. ''Christkindelmärik'' odbywa się na Placu Brogliego. Ale stragany usta­wione są nie tylko tam, lecz praktycznie na każdym placu i placyku starego Strasbur­ga. Całe miasto jest upstrzone kolorowymi, migocącymi światełkami – niektóre ilumi­nacje budynków są nawet całkiem ładne – a powietrze jest przesycone zapachem grza­nego wina. Grzańca można kupić chyba na co drugim stoisku (2&nbsp;€ za kubek). Poza tym jest cała masa słodyczy, pieczonych kasztanów i przeróżnych bibelotów. Ktokolwiek zajmuje się w Strasburgu rękodzielnictwem, ma tu swój stragan; można tu kupić tak mocno związane z tradycyjnym alzackim Bożym Narodzeniem pamiątki, jak weneckie maski karnawałowe czy hinduskie figurki Buddy.
Oczywiście okoliczne miasteczka pozazdrościły Strasburgowi świątecznego jar­marku i zaczęły organizować własne, często nawet lepsze. W zeszłą niedzielę wybrałem się z sąsiadami z akademika na wycieczkę do dwóch takich miasteczek. Towarzystwo było oczywiście międzynarodowe: Flavia i Enrique z Brazylii, Emanuela z Włoch, John ze Stanów Zjednoczonych oraz Justyna i ja z Polski. Najpierw pojechaliśmy pociągiem do Kolmaru. To bardzo ładne miasteczko, ale o tej porze roku trochę szare. Nie upięk­szają go niestety kiczowate mikołaje ani sztuczne sople czy nibyśnieg (bo po prawdzi­wej zimie nie ma, rzecz jasna, ani śladu). Ten krótki pobyt w Kolmarze utwierdził mnie zatem tylko, że muszę tam wrócić na wiosnę.
Zdecydowanie najbardziej podobał mi się jarmark świąteczny w Ribeauvillé. To nie­wielka miejscowość, która taki jarmark organizuje dopiero od kilkunastu lat, ale za to mieli tu świetny pomysł: jarmark średniowieczny. Ponieważ miasteczko leży pięć kilo­metrów od najbliższej stacji kolejowej, najpierw zrobiliśmy sobie mały spacerek; po drodze oglądając z daleka okoliczne zameczki, których jest tam prawie tyle samo co wzgórz. A na miejscu czekały na nas stragany ze sprzedawcami ubranymi w średnio­wieczne stroje, różne zabawy dla dzieci, turnieje rycerskie, szopki, smakołyki. Wszys­tko to tworzyło bardzo miłą atmosferę bez zbędnego kiczu. A do tego całość była osa­dzona w niezwykle malowniczej scenerii autentycznie średniowiecznego miasteczka.
To tyle w tym roku. Na następne wieści musicie poczekać do 2004 r. Tymcza­sem pożegnałem się już z Flavią, która wraca do Rio de Janeiro, życząc jej gorących i słonecznych świąt. A Wam życzę świąt mroźnych i białych czyli takich, jakie powinny być w Polsce, a potem szampańskiego sylwestra!


== I&nbsp;po świętach ==
== I&nbsp;po świętach ==
28 stycznia 2004 r.
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">28 stycznia 2004 r.</div>
 
Witam po miesięcznej świąteczno-wakacyjnej przerwie!
Witam po miesięcznej świąteczno-wakacyjnej przerwie!


[[File:pokoj_4.JPG|thumb|Moje biurko w akademiku]]
Redakcja Wieści ze Strasburga wznawia swoją działalność w&nbsp;nowym roku&nbsp;i w&nbsp;nowym semestrze. Przepraszam Wszystkich, że tak dawno się nie odzywałem, ale tak to jest: najpierw sesja, potem Święta w&nbsp;Polsce, a&nbsp;potem ferie w&nbsp;Strasburgu, podczas których ogarnęło mnie jakieś takie niewyobrażalne lenistwo. Ale jednak coś się przez ten czas działo, więc spróbuję to wszystko jakoś podsumować w&nbsp;tym liście.  
Redakcja Wieści ze Strasburga wznawia swoją działalność w&nbsp;nowym roku&nbsp;i w&nbsp;nowym semestrze. Przepraszam Wszystkich, że tak dawno się nie odzywałem, ale tak to jest: najpierw sesja, potem Święta w&nbsp;Polsce, a&nbsp;potem ferie w&nbsp;Strasburgu, podczas których ogarnęło mnie jakieś takie niewyobrażalne lenistwo. Ale jednak coś się przez ten czas działo, więc spróbuję to wszystko jakoś podsumować w&nbsp;tym liście.  


Linia 406: Linia 507:
Nie wiem, jak to się stało, ale podróż z&nbsp;powrotem do Strasburga przebiegła gładko i&nbsp;bez żadnych niespodzianek. W&nbsp;akademiku nastąpiły pewne zmiany i&nbsp;to – o&nbsp;dziwo – na lepsze. Od kiedy wróciłem, mam dostęp do Internetu bezpośrednio z&nbsp;pokoju. Ponieważ takiego luksusu nie miałem nawet w&nbsp;domu, to jak się pewnie domyślacie (a niektórzy z&nbsp;Was nawet już zauważyli), trudno mi się teraz od komputera oderwać. Mam tu stałe łącze, które przeważnie – wolniej lub szybciej, ale na ogół dosyć szybko – działa i&nbsp;płacę za nie zaledwie 7,5&nbsp;€ / mies. – jak na tutejsze warunki wyśmienicie!
Nie wiem, jak to się stało, ale podróż z&nbsp;powrotem do Strasburga przebiegła gładko i&nbsp;bez żadnych niespodzianek. W&nbsp;akademiku nastąpiły pewne zmiany i&nbsp;to – o&nbsp;dziwo – na lepsze. Od kiedy wróciłem, mam dostęp do Internetu bezpośrednio z&nbsp;pokoju. Ponieważ takiego luksusu nie miałem nawet w&nbsp;domu, to jak się pewnie domyślacie (a niektórzy z&nbsp;Was nawet już zauważyli), trudno mi się teraz od komputera oderwać. Mam tu stałe łącze, które przeważnie – wolniej lub szybciej, ale na ogół dosyć szybko – działa i&nbsp;płacę za nie zaledwie 7,5&nbsp;€ / mies. – jak na tutejsze warunki wyśmienicie!


[[File:pokoj_2.JPG|thumb|left|Lodówka w pokoju!]]
Kolejna rzecz to nowa lodówka. Do tej pory dysponowałem tylko małą, zamykaną na kluczyk kasetką, którą i&nbsp;tak musiałem dzielić z&nbsp;sąsiadem. Ale od paru dni mam już najprawdziwszą, nową lodówkę u&nbsp;siebie w&nbsp;pokoju! Jak na potrzeby jednej osoby jest całkiem spora (wys. 80&nbsp;cm, szer. 54&nbsp;cm, głęb. 47&nbsp;cm – wyobraźcie sobie, ile piwa można tu zmieścić), ma zamrażarkę, a&nbsp;górna część może służyć jako blat. W&nbsp;takie lodówki zostały wyposażone wszystkie pokoje – w&nbsp;pewnym sensie akademik się jakoś zrehabilitował za ten bajzel z&nbsp;zeszłego semestru; nawet jeśli nowe lodówki będą oznaczać, że opłaty nieco wzrosną (choć tego jeszcze nie wiem dokładnie). W&nbsp;sumie, gdyby ten akademik był wyglądał od początku tak, jak wygląda teraz, to byłoby super.
Kolejna rzecz to nowa lodówka. Do tej pory dysponowałem tylko małą, zamykaną na kluczyk kasetką, którą i&nbsp;tak musiałem dzielić z&nbsp;sąsiadem. Ale od paru dni mam już najprawdziwszą, nową lodówkę u&nbsp;siebie w&nbsp;pokoju! Jak na potrzeby jednej osoby jest całkiem spora (wys. 80&nbsp;cm, szer. 54&nbsp;cm, głęb. 47&nbsp;cm – wyobraźcie sobie, ile piwa można tu zmieścić), ma zamrażarkę, a&nbsp;górna część może służyć jako blat. W&nbsp;takie lodówki zostały wyposażone wszystkie pokoje – w&nbsp;pewnym sensie akademik się jakoś zrehabilitował za ten bajzel z&nbsp;zeszłego semestru; nawet jeśli nowe lodówki będą oznaczać, że opłaty nieco wzrosną (choć tego jeszcze nie wiem dokładnie). W&nbsp;sumie, gdyby ten akademik był wyglądał od początku tak, jak wygląda teraz, to byłoby super.


Kiedy tu wróciłem, okazało się, że zapasy, które sobie przywiozłem z&nbsp;domu, plus jedzenie, które, wyjeżdżając stąd, zostawili mi moi sąsiedzi Brazylijczycy, pozwalają mi żyć bez robienia zakupów przez co najmniej cały pierwszy tydzień. W&nbsp;miarę, jak zapasy zaczęły się kurczyć, a&nbsp;mnie nadal nie chciało się pójść na zakupy (wspomniane już niewyobrażalne lenistwo), zacząłem troch ę eksperymentować kulinarnie. Po małej inwentaryzacji tego, co jeszcze miałem do jedzenia, doszedłem do wniosku, że jedyna potrawa, jaką mogę przyrządzić, to placki ziemniaczane. Oczywiście nigdy wcześniej nie robiłem placków ziemniaczanych, ale znalazłem jakiś przepis w&nbsp;Internecie i&nbsp;postanowiłem spróbować. Rzecz jasna, w&nbsp;warunkach akademickich jest się zawsze skazanym na improwizację; nóż musiał zastąpić tarkę, mąka kukurydziana – pszenną itd. Jeszcze tylko sól, pieprz, rozmaryn (na szczęście Tata zaopatrzył mnie przed wyjazdem w&nbsp;przyprawy), sos pieczarkowy z&nbsp;zupy grzybowej w&nbsp;proszku z&nbsp;dodatkiem kilku prawdziwych pieczarek i… gotowe. Możecie nie wierzyć, ale były dobre.
Kiedy tu wróciłem, okazało się, że zapasy, które sobie przywiozłem z&nbsp;domu, plus jedzenie, które, wyjeżdżając stąd, zostawili mi moi sąsiedzi Brazylijczycy, pozwalają mi żyć bez robienia zakupów przez co najmniej cały pierwszy tydzień. W&nbsp;miarę, jak zapasy zaczęły się kurczyć, a&nbsp;mnie nadal nie chciało się pójść na zakupy (wspomniane już niewyobrażalne lenistwo), zacząłem trochę eksperymentować kulinarnie. Po małej inwentaryzacji tego, co jeszcze miałem do jedzenia, doszedłem do wniosku, że jedyna potrawa, jaką mogę przyrządzić, to placki ziemniaczane. Oczywiście nigdy wcześniej nie robiłem placków ziemniaczanych, ale znalazłem jakiś przepis w&nbsp;Internecie i&nbsp;postanowiłem spróbować. Rzecz jasna, w&nbsp;warunkach akademickich jest się zawsze skazanym na improwizację; nóż musiał zastąpić tarkę, mąka kukurydziana – pszenną itd. Jeszcze tylko sól, pieprz, rozmaryn (na szczęście Tata zaopatrzył mnie przed wyjazdem w&nbsp;przyprawy), sos pieczarkowy z&nbsp;zupy grzybowej w&nbsp;proszku z&nbsp;dodatkiem kilku prawdziwych pieczarek i… gotowe. Możecie nie wierzyć, ale były dobre.


Do ciekawszych rzeczy, które tu robiłem w&nbsp;ciągu ostatniego miesiąca, na pewno należy zaliczyć wiercenie dziury w&nbsp;zapięciu do roweru. Mojej do niedawna sąsiadce, Asi, jakiś debil zepsuł kłódkę od roweru – nalał tam chyba kleju. Nie wiem, co z&nbsp;tego miał, bo ani on, ani nikt inny nie mógł tego otworzyć. A&nbsp;zatem trzeba było wiercić.
Do ciekawszych rzeczy, które tu robiłem w&nbsp;ciągu ostatniego miesiąca, na pewno należy zaliczyć wiercenie dziury w&nbsp;zapięciu do roweru. Mojej do niedawna sąsiadce, Asi, jakiś debil zepsuł kłódkę od roweru – nalał tam chyba kleju. Nie wiem, co z&nbsp;tego miał, bo ani on, ani nikt inny nie mógł tego otworzyć. A&nbsp;zatem trzeba było wiercić.
Linia 419: Linia 521:


== Żydzi ==
== Żydzi ==
22 lutego 2004 r.
<div style="text-align: right;">22 lutego 2004 r.</div>
<div dir="rtl" class="mw-content-rtl"><b>שלום</b></div>


<div dir="rtl" class="mw-content-rtl"><b>שלום</b></div>
Jeszcze nigdy nie widziałem tylu Żydów – może poza [https://www.jewishfestival.pl/pl/ Festiwalem Kultury Żydowskiej] w&nbsp;Krakowie, ale to się zdarza tylko raz w&nbsp;roku – co w&nbsp;Strasburgu. A&nbsp;rozpoznaję bez trudu tylko tych religijnych – w&nbsp;czarnych kapeluszach, z&nbsp;brodami&nbsp;i z&nbsp;pejsami; razem z&nbsp;Żydami niewierzącymi może ich być jeszcze więcej. W&nbsp;każdym razie Strasburg jest z&nbsp;pewnością jednym z&nbsp;większych skupisk Żydów we Francji.
Jeszcze nigdy nie widziałem tylu Żydów – może poza [https://www.jewishfestival.pl/pl/ Festiwalem Kultury Żydowskiej] w&nbsp;Krakowie, ale to się zdarza tylko raz w&nbsp;roku – co w&nbsp;Strasburgu. A&nbsp;rozpoznaję bez trudu tylko tych religijnych – w&nbsp;czarnych kapeluszach, z&nbsp;brodami&nbsp;i z&nbsp;pejsami; razem z&nbsp;Żydami niewierzącymi może ich być jeszcze więcej. W&nbsp;każdym razie Strasburg jest z&nbsp;pewnością jednym z&nbsp;większych skupisk Żydów we Francji.


Linia 428: Linia 530:
W miastach Żydzi byli nieco bezpieczniejsi niż na wsi. Zresztą i&nbsp;tak nie mieli prawa nabywać ziemi, więc rolnictwem nie mogli się trudnić. Skupiali się więc w&nbsp;miastach, takich jak Wormacja, Moguncja, Spira, no i&nbsp;Strasburg. Tutaj znajdowali się pod ochroną prawa cesarskiego, kościelnego i&nbsp;miejskiego. Oczywiście ta prawna ochrona miała swoją cenę – wspólnota żydowska płaciła cesarzowi, biskupowi i&nbsp;magistratowi wysokie podatki. Czasem między owymi instancjami dochodziło na tym tle do ostrych sporów. Na przykład w&nbsp;1262 r. biskup Strasburga, Walther de Geroldseck uznał, iż miasto nie ma prawa opodatkowywać „jego” Żydów. Doszło do otwartej wojny, która zakończyła się następującym porozumieniem: Żydzi mieli co roku płacić 100 funtów miastu, 12 marek biskupowi i&nbsp;60 marek cesarzowi.
W miastach Żydzi byli nieco bezpieczniejsi niż na wsi. Zresztą i&nbsp;tak nie mieli prawa nabywać ziemi, więc rolnictwem nie mogli się trudnić. Skupiali się więc w&nbsp;miastach, takich jak Wormacja, Moguncja, Spira, no i&nbsp;Strasburg. Tutaj znajdowali się pod ochroną prawa cesarskiego, kościelnego i&nbsp;miejskiego. Oczywiście ta prawna ochrona miała swoją cenę – wspólnota żydowska płaciła cesarzowi, biskupowi i&nbsp;magistratowi wysokie podatki. Czasem między owymi instancjami dochodziło na tym tle do ostrych sporów. Na przykład w&nbsp;1262 r. biskup Strasburga, Walther de Geroldseck uznał, iż miasto nie ma prawa opodatkowywać „jego” Żydów. Doszło do otwartej wojny, która zakończyła się następującym porozumieniem: Żydzi mieli co roku płacić 100 funtów miastu, 12 marek biskupowi i&nbsp;60 marek cesarzowi.


W XIII-XIV w. sytuacja Żydów zaczęła się dodatkowo pogarszać w&nbsp;miarę, jak cechy rezerwowały rzemiosła dla siebie. Żydom pozostawały tylko handel niektórymi towarami oraz lichwa. Życie z&nbsp;obrotu pieniądzem było zabronione Chrześcijanom, więc przynajmniej z&nbsp;tej strony nie było konkurencji. Oprocentowanie – według dzisiejszych standardów – było bardzo wysokie, bo wynosiło ok. 13%. Ale trzeba pamiętać, że ściągalność była wtedy stosunkowo niska. Cesarz i&nbsp;papież mieli prawo zwolnić dłużnika od obowiązku spłaty należności Żydowi. Niestety praktycznie w&nbsp;całej Europie ten stan rzeczy powodował pewien cykl kolejnych migracji i&nbsp;prześladowań starozakonnych. Żydzi byli zawsze mile widziani, gdy potrzebna była gotówka. Gdy długi stawały się zbyt duże, nastawał czas prześladowań – i&nbsp;tak w&nbsp;kółko, aż po XX wiek.
W XIII–XIV w. sytuacja Żydów zaczęła się dodatkowo pogarszać w&nbsp;miarę, jak cechy rezerwowały rzemiosła dla siebie. Żydom pozostawały tylko handel niektórymi towarami oraz lichwa. Życie z&nbsp;obrotu pieniądzem było zabronione Chrześcijanom, więc przynajmniej z&nbsp;tej strony nie było konkurencji. Oprocentowanie – według dzisiejszych standardów – było bardzo wysokie, bo wynosiło ok. 13%. Ale trzeba pamiętać, że ściągalność była wtedy stosunkowo niska. Cesarz i&nbsp;papież mieli prawo zwolnić dłużnika od obowiązku spłaty należności Żydowi. Niestety praktycznie w&nbsp;całej Europie ten stan rzeczy powodował pewien cykl kolejnych migracji i&nbsp;prześladowań starozakonnych. Żydzi byli zawsze mile widziani, gdy potrzebna była gotówka. Gdy długi stawały się zbyt duże, nastawał czas prześladowań – i&nbsp;tak w&nbsp;kółko, aż po XX wiek.


Ale wróćmy do średniowiecznego Strasburga. W&nbsp;tamtym okresie Żydzi byli skupieni we wschodniej części Wielkiej Wyspy, wokół ulicy, która do dziś nosi nazwę Żydowskiej (rue des Juifs 2). Przy tej ulicy mieściła się synagoga i&nbsp;rytualna łaźnia, a&nbsp;niedaleko – mniej więcej w&nbsp;miejscu dzisiejszego Placu Republiki – znajdował się żydowski
Ale wróćmy do średniowiecznego Strasburga. W&nbsp;tamtym okresie Żydzi byli skupieni we wschodniej części Wielkiej Wyspy, wokół ulicy, która do dziś nosi nazwę Żydowskiej (rue des Juifs 2). Przy tej ulicy mieściła się synagoga i&nbsp;rytualna łaźnia, a&nbsp;niedaleko – mniej więcej w&nbsp;miejscu dzisiejszego Placu Republiki – znajdował się żydowski
Linia 444: Linia 546:
jakiś czas temu miałem okazję oglądać tu wystawę poświęconą ewolucji tego motywu. Na malowidłach starszych niż rzeźby z&nbsp;katedry widać Kościół i&nbsp;Synagogę jako równorzędne partnerki. ''Sinagoga'' trzyma swoją flagę równie dumnie jak ''Ecclesia'' – krzyż. Natomiast w&nbsp;sztuce późniejszej niż katedra poniżenie Synagogi poszło jeszcze dalej: najpierw na jej karku posadzono diabła, który szeptał jej do ucha swoje polecenia. Potem wreszcie Synagoga została po prostu utożsamiona z&nbsp;diabłem.
jakiś czas temu miałem okazję oglądać tu wystawę poświęconą ewolucji tego motywu. Na malowidłach starszych niż rzeźby z&nbsp;katedry widać Kościół i&nbsp;Synagogę jako równorzędne partnerki. ''Sinagoga'' trzyma swoją flagę równie dumnie jak ''Ecclesia'' – krzyż. Natomiast w&nbsp;sztuce późniejszej niż katedra poniżenie Synagogi poszło jeszcze dalej: najpierw na jej karku posadzono diabła, który szeptał jej do ucha swoje polecenia. Potem wreszcie Synagoga została po prostu utożsamiona z&nbsp;diabłem.


Żydzi, którzy uniknęli masakry, osiedlili się przeważnie na wsi. Niektórzy emigrowali wgłąb Niemiec lub jeszcze dalej – do Polski. Tymczasem Strasburg coraz bardziej zaostrzał przepisy skierowane przeciw Żydom. W&nbsp;XVI w. zabroniono Żydom handlować na terenie miasta. Wyjątek stanowili handlarze żywnością i&nbsp;końmi. Tylko nieliczni -
Żydzi, którzy uniknęli masakry, osiedlili się przeważnie na wsi. Niektórzy emigrowali wgłąb Niemiec lub jeszcze dalej – do Polski. Tymczasem Strasburg coraz bardziej zaostrzał przepisy skierowane przeciw Żydom. W&nbsp;XVI w. zabroniono Żydom handlować na terenie miasta. Wyjątek stanowili handlarze żywnością i&nbsp;końmi. Tylko nieliczni przeważnie producenci i&nbsp;handlarze bronią, z&nbsp;których usług korzystał król – dostawali w&nbsp;drodze wyjątku przywilej zamieszkania w&nbsp;mieście. Ale nawet oni musieli kupować nieruchomości przez podstawione osoby. Przyłączenie Strasburga do Francji nie poprawiło sytuacji; miasto zachowało swą autonomię, w&nbsp;tym prawo do utrzymania antyżydowskich przepisów.
przeważnie producenci i&nbsp;handlarze bronią, z&nbsp;których usług korzystał król – dostawali w&nbsp;drodze wyjątku przywilej zamieszkania w&nbsp;mieście. Ale nawet oni musieli kupować nieruchomości przez podstawione osoby. Przyłączenie Strasburga do Francji nie poprawiło sytuacji; miasto zachowało swą autonomię, w&nbsp;tym prawo do utrzymania antyżydowskich przepisów.


W XVI w. – a&nbsp;więc jeszcze przed przy łączeniem Alzacji do Francji – Żydzi zostali z&nbsp;Francji wypędzeni. Wielu z&nbsp;nich osiedliło si ę w&nbsp;alzackich wsiach. Po Wojnie Trzydziestoletniej alzacka prowincja przyjęła z&nbsp;kolei Żydów z&nbsp;Badenii. W&nbsp;ten sposób wiejska Alzacja stała się jedynym skupiskiem Żydów we Francji. Cieszyli się tu opieką wojska, któremu dostarczali koni i&nbsp;zboża.
W XVI w. – a&nbsp;więc jeszcze przed przy łączeniem Alzacji do Francji – Żydzi zostali z&nbsp;Francji wypędzeni. Wielu z&nbsp;nich osiedliło si ę w&nbsp;alzackich wsiach. Po Wojnie Trzydziestoletniej alzacka prowincja przyjęła z&nbsp;kolei Żydów z&nbsp;Badenii. W&nbsp;ten sposób wiejska Alzacja stała się jedynym skupiskiem Żydów we Francji. Cieszyli się tu opieką wojska, któremu dostarczali koni i&nbsp;zboża.
Linia 468: Linia 569:


== Karnawał ==
== Karnawał ==
3 marca 2004 r.
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">3 marca 2004 r.</div>
Cześć,


Dopiero co zaczął się Wielki Post, więc pora by podsumować karnawał – który zresztą dla niezbyt religijnych Francuzów i&nbsp;tak się jeszcze nie skończył. Wrażenie ogólne: Rio to to nie jest. Po pierwsze, pogoda nie zachęca do tego, żeby w&nbsp;ogóle wychodzić na pole. Za zimno żeby organizować gołe parady jak w&nbsp;Brazylii, a&nbsp;za ciepło, żeby robić kuligi jak w&nbsp;Polsce. Niestety ta pora roku w&nbsp;północnej Francji jest chłodna, mokra, szara i&nbsp;brzydka. Do tego jest to okres ferii zimowych, więc młodych ludzi, z&nbsp;którymi ewentualnie można by imprezować, nie ma zbyt wielu. Mój akademik prawie opustoszał.
Dopiero co zaczął się Wielki Post, więc pora by podsumować karnawał – który zresztą dla niezbyt religijnych Francuzów i&nbsp;tak się jeszcze nie skończył. Wrażenie ogólne: Rio to to nie jest. Po pierwsze, pogoda nie zachęca do tego, żeby w&nbsp;ogóle wychodzić na pole. Za zimno żeby organizować gołe parady jak w&nbsp;Brazylii, a&nbsp;za ciepło, żeby robić kuligi jak w&nbsp;Polsce. Niestety ta pora roku w&nbsp;północnej Francji jest chłodna, mokra, szara i&nbsp;brzydka. Do tego jest to okres ferii zimowych, więc młodych ludzi, z&nbsp;którymi ewentualnie można by imprezować, nie ma zbyt wielu. Mój akademik prawie opustoszał.
Linia 489: Linia 591:
Serdecznie dziękuję za pochwałę. Myślę, że na trzecim roku najlepiej jest jechać na stypendium. Ja jestem na
Serdecznie dziękuję za pochwałę. Myślę, że na trzecim roku najlepiej jest jechać na stypendium. Ja jestem na
czwartym i&nbsp;boję się trochę nadrabiania „różnic programowych” – na czwartym roku przedmioty są trudniejsze niż na trzecim, a&nbsp;do tego trzeba by już zacząć myśleć o&nbsp;pracy magisterskiej, a&nbsp;nie mam tu za bardzo do tego głowy i&nbsp;pewnie zabiorę się za nią dopiero w&nbsp;Polsce. Jeśli chodzi o&nbsp;to, na który semestr lepiej wyjechać, to mnie się wydaje, że bardziej się opłaca na letni. Z&nbsp;kilku powodów:
czwartym i&nbsp;boję się trochę nadrabiania „różnic programowych” – na czwartym roku przedmioty są trudniejsze niż na trzecim, a&nbsp;do tego trzeba by już zacząć myśleć o&nbsp;pracy magisterskiej, a&nbsp;nie mam tu za bardzo do tego głowy i&nbsp;pewnie zabiorę się za nią dopiero w&nbsp;Polsce. Jeśli chodzi o&nbsp;to, na który semestr lepiej wyjechać, to mnie się wydaje, że bardziej się opłaca na letni. Z&nbsp;kilku powodów:
* masz więcej czasu na przygotowanie si ę do wyjazdu – nie musisz na to marnować wakacji;
* masz więcej czasu na przygotowanie się do wyjazdu – nie musisz na to marnować wakacji;
* Francja wygląda jesienią&nbsp;i w&nbsp;zimie nieciekawie (chyba że pojedziesz w&nbsp;Alpy) – jest chłodno, ale bez śniegu, szaro i&nbsp;brudno; w&nbsp;letnim semestrze załapiesz się na wiosnę, będzie ciepło, kolorowo i&nbsp;przyjemnie;
* Francja wygląda jesienią&nbsp;i w&nbsp;zimie nieciekawie (chyba że pojedziesz w&nbsp;Alpy) – jest chłodno, ale bez śniegu, szaro i&nbsp;brudno; w&nbsp;letnim semestrze załapiesz się na wiosnę, będzie ciepło, kolorowo i&nbsp;przyjemnie;
* po zakończeniu semestru masz trzy miesiące wakacji – jeśli chcesz, to możesz jeszcze zostać i&nbsp;pozwiedzać lub popracować; albo możesz wrócić i&nbsp;poświęcić ten czas na kucie zaległości programowych;
* po zakończeniu semestru masz trzy miesiące wakacji – jeśli chcesz, to możesz jeszcze zostać i&nbsp;pozwiedzać lub popracować; albo możesz wrócić i&nbsp;poświęcić ten czas na kucie zaległości programowych;
Linia 495: Linia 597:


== Karnawał – c.d. ==
== Karnawał – c.d. ==
7 kwietnia 2004 r.
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">7 kwietnia 2004 r.</div>
Cześć,


Pamiętacie, jak w&nbsp;ostatnich wieściach (do licha, to już miesiąc temu, jak ten pobyt we Francji rozleniwia!) pisałem, że nie było żadnego karnawału? Otóż nie wiedziałem wtedy jeszcze, że tutaj Tłusty Wtorek to początek, a&nbsp;nie koniec, karnawału. Zdawałem sobie sprawę, że Francuzi nie są zbyt religijni – nawet w&nbsp;stosunkowo katolickiej Alzacji – ale nie sądziłem, żeby aż tak. Karnawał w&nbsp;poście… Cóż, co kraj to obyczaj.
Pamiętacie, jak w&nbsp;ostatnich wieściach (do licha, to już miesiąc temu, jak ten pobyt we Francji rozleniwia!) pisałem, że nie było żadnego karnawału? Otóż nie wiedziałem wtedy jeszcze, że tutaj Tłusty Wtorek to początek, a&nbsp;nie koniec, karnawału. Zdawałem sobie sprawę, że Francuzi nie są zbyt religijni – nawet w&nbsp;stosunkowo katolickiej Alzacji – ale nie sądziłem, żeby aż tak. Karnawał w&nbsp;poście… Cóż, co kraj to obyczaj.
Linia 518: Linia 621:


== Wielkanoc ==
== Wielkanoc ==
26 kwietnia 2004 r.
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">26 kwietnia 2004 r.</div>
Cześć,


Mam nadzieję, że wszystkim Wam święta minęły przyjemnie, radośnie i&nbsp;pogodnie. Oczywiście w&nbsp;pierwszym liście po Wielkanocy nie mógłbym pisać o&nbsp;czym innym niż o&nbsp;tym, jak ja spędziłem święta. Otóż, mimo że we Francji, święta obchodziłem bardzo po polsku i&nbsp;głównie w&nbsp;towarzystwie innych Polaków. A&nbsp;właściwie Polek; to głównie one
Mam nadzieję, że wszystkim Wam święta minęły przyjemnie, radośnie i&nbsp;pogodnie. Oczywiście w&nbsp;pierwszym liście po Wielkanocy nie mógłbym pisać o&nbsp;czym innym niż o&nbsp;tym, jak ja spędziłem święta. Otóż, mimo że we Francji, święta obchodziłem bardzo po polsku i&nbsp;głównie w&nbsp;towarzystwie innych Polaków. A&nbsp;właściwie Polek; to głównie one
Linia 528: Linia 632:
Ścisły post wielkopiątkowy jest tu znacznie łatwiej zachować niż w&nbsp;Polsce – a&nbsp;to dlatego, że i&nbsp;tak wszystkie sklepy są zamknięte. Alzacja to jedyny region we Francji, w&nbsp;którym ten dzień jest wolny od pracy, podobnie z&nbsp;resztą jak w&nbsp;katolickich krajach Niemiec. Zawdzięcza to własnemu konkordatowi, który Alzacja podpisała ze Stolicą Apostolską jeszcze w&nbsp;czasach, gdy należała do Niemiec, a&nbsp;który teraz wyróżnia ją wśród innych regionów fundamentalnie antyreligijnej Francji.
Ścisły post wielkopiątkowy jest tu znacznie łatwiej zachować niż w&nbsp;Polsce – a&nbsp;to dlatego, że i&nbsp;tak wszystkie sklepy są zamknięte. Alzacja to jedyny region we Francji, w&nbsp;którym ten dzień jest wolny od pracy, podobnie z&nbsp;resztą jak w&nbsp;katolickich krajach Niemiec. Zawdzięcza to własnemu konkordatowi, który Alzacja podpisała ze Stolicą Apostolską jeszcze w&nbsp;czasach, gdy należała do Niemiec, a&nbsp;który teraz wyróżnia ją wśród innych regionów fundamentalnie antyreligijnej Francji.


[[File:Notre-Dame_de_Strasbourg.jpg|thumb|upright|Zachodnia fasada katedry NMP w&nbsp;Strasburgu]]
W Wielką Sobotę rano poszliśmy oczywiście do święcenia. Na szczęście w&nbsp;Strasburgu znajduje się jedna polska misja i&nbsp;jest to zapewne jedyny kościół w&nbsp;tym mieście, gdzie odbywa się święcenie pokarmów. Niestety na całą naszą grupkę wypadały tylko dwa koszyczki, ale zawsze to coś. Choć czytałem, że na przykład nasze wojska okupacyjne w&nbsp;Iraku były tak pomysłowe, że święconkę nosiły w&nbsp;hełmach. No, ale my nawet hełmów nie mieliśmy…
W Wielką Sobotę rano poszliśmy oczywiście do święcenia. Na szczęście w&nbsp;Strasburgu znajduje się jedna polska misja i&nbsp;jest to zapewne jedyny kościół w&nbsp;tym mieście, gdzie odbywa się święcenie pokarmów. Niestety na całą naszą grupkę wypadały tylko dwa koszyczki, ale zawsze to coś. Choć czytałem, że na przykład nasze wojska okupacyjne w&nbsp;Iraku były tak pomysłowe, że święconkę nosiły w&nbsp;hełmach. No, ale my nawet hełmów nie mieliśmy…


Linia 536: Linia 639:
A śniadanie wielkanocne było bardzo udane. Zebraliśmy się w&nbsp;sześć osób w&nbsp;akademiku Paul Appell, gdzie są większe i&nbsp;ładniejsze kuchnie. O&nbsp;dziewiątej rano wszyscy Francuzi, jak to mają w&nbsp;zwyczaju w&nbsp;niedzielne poranki, jeszcze spali, więc nikt tam nie przeszkadzał w&nbsp;zajęciu całej kuchni na własne potrzeby. Trzeba powiedzieć, że dziewczyny się postarały – biały obrus, pisanki, koszyczki, chrzan… Prawie jak w&nbsp;domu. Gdy wszystko było gotowe, pomodliliśmy się, stuknęliśmy się jajkami (ta tradycja, to była dla mnie nowość), zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i&nbsp;wreszcie mogliśmy zacząć jeść. Do jednej z&nbsp;koleżanek przyjechała na czas świąt siostra z&nbsp;Polski, więc przywiozła trochę polskich specjałów – babkę, szynkę… Do tego były inne wędliny, łosoś, sałatki itd. Słowem, uczta. Tak jak trzeba.
A śniadanie wielkanocne było bardzo udane. Zebraliśmy się w&nbsp;sześć osób w&nbsp;akademiku Paul Appell, gdzie są większe i&nbsp;ładniejsze kuchnie. O&nbsp;dziewiątej rano wszyscy Francuzi, jak to mają w&nbsp;zwyczaju w&nbsp;niedzielne poranki, jeszcze spali, więc nikt tam nie przeszkadzał w&nbsp;zajęciu całej kuchni na własne potrzeby. Trzeba powiedzieć, że dziewczyny się postarały – biały obrus, pisanki, koszyczki, chrzan… Prawie jak w&nbsp;domu. Gdy wszystko było gotowe, pomodliliśmy się, stuknęliśmy się jajkami (ta tradycja, to była dla mnie nowość), zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i&nbsp;wreszcie mogliśmy zacząć jeść. Do jednej z&nbsp;koleżanek przyjechała na czas świąt siostra z&nbsp;Polski, więc przywiozła trochę polskich specjałów – babkę, szynkę… Do tego były inne wędliny, łosoś, sałatki itd. Słowem, uczta. Tak jak trzeba.


O jedenastej msza w&nbsp;katedrze – przeżycie nie tylko religijne, ale też estetyczne. Rozświetlone freski, procesje z&nbsp;biskupami, kadzidła, chór… A&nbsp;przede wszystkim niesamowite popisy organisty. Jest tam też coś takiego jak Straż Katedralna – panowie w&nbsp;eleganckich niebieskich mundurach, którzy przeważnie zajmują się pilnowaniem po-
O jedenastej msza w&nbsp;katedrze – przeżycie nie tylko religijne, ale też estetyczne. Rozświetlone freski, procesje z&nbsp;biskupami, kadzidła, chór… A&nbsp;przede wszystkim niesamowite popisy organisty. Jest tam też coś takiego jak Straż Katedralna – panowie w&nbsp;eleganckich niebieskich mundurach, którzy przeważnie zajmują się pilnowaniem porządku w&nbsp;kościele i&nbsp;wyganianiem ludzi, kiedy katedrę trzeba zamknąć. Na czele procesji szedł ich zapewne szef – też w&nbsp;niebieskim mundurze, ale bardziej ozdobnym, oraz w&nbsp;kapeluszu z&nbsp;ogromnym pióropuszem; w&nbsp;sumie dość paradne widowisko. Ale największym zaskoczeniem – wprawdzie już słyszałem, że to się pojawiło na Zachodzie, ale
rządku w&nbsp;kościele i&nbsp;wyganianiem ludzi, kiedy katedrę trzeba zamknąć. Na czele procesji szedł ich zapewne szef – też w&nbsp;niebieskim mundurze, ale bardziej ozdobnym, oraz w&nbsp;kapeluszu z&nbsp;ogromnym pióropuszem; w&nbsp;sumie dość paradne widowisko. Ale największym zaskoczeniem – wprawdzie już słyszałem, że to się pojawiło na Zachodzie, ale
jeszcze nigdy nie widziałem na własne oczy – były… ministrantki (''sic, sic!''). Msza była, rzecz jasna, po francusku, choć niektóre czytania odbyły się po niemiecku.
jeszcze nigdy nie widziałem na własne oczy – były… ministrantki (''sic, sic!''). Msza była, rzecz jasna, po francusku, choć niektóre czytania odbyły się po niemiecku.


Linia 549: Linia 651:


== Unia Europejska ==
== Unia Europejska ==
6 czerwca 2004 r.
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">6 czerwca 2004 r.</div>
 
Witam, witam <br>
Witam, witam w&nbsp;Unii Europejskiej.
w&nbsp;Unii Europejskiej.


Miesiąc temu miałem przyjemność być naocznym świadkiem wciągnięcia flag Polski i&nbsp;dziewięciu innych krajów na maszty przed gmachem Parlamentu Europejskiego. Tak oto staliśmy się Unioeuropejczykami, choć wcale nie zmienialiśmy paszportów. Ten list będzie więc oczywiście o&nbsp;tym, jak rozszerzenie wyglądało w&nbsp;mieście, które jest w&nbsp;samym środku Wspólnoty od samego jej początku i&nbsp;dumnie nazywa się „stolicą europejską” (będąc tu można odnieść wrażenie, że w&nbsp;ogóle nie ma czegoś takiego jak Bruksela).
Miesiąc temu miałem przyjemność być naocznym świadkiem wciągnięcia flag Polski i&nbsp;dziewięciu innych krajów na maszty przed gmachem Parlamentu Europejskiego. Tak oto staliśmy się Unioeuropejczykami, choć wcale nie zmienialiśmy paszportów. Ten list będzie więc oczywiście o&nbsp;tym, jak rozszerzenie wyglądało w&nbsp;mieście, które jest w&nbsp;samym środku Wspólnoty od samego jej początku i&nbsp;dumnie nazywa się „stolicą europejską” (będąc tu można odnieść wrażenie, że w&nbsp;ogóle nie ma czegoś takiego jak Bruksela).
Linia 613: Linia 715:
Nie omieszkam na pewno. Dziękuję za list i&nbsp;pozdrawiam wszystkich Czytelników.
Nie omieszkam na pewno. Dziękuję za list i&nbsp;pozdrawiam wszystkich Czytelników.


== Wycieczki ==
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">Strasburg, 20 czerwca 2004 r.</div>
Cześć,
Jak to dobrze, że przedstawicielstwo RP przy Radzie Europy jest tak blisko! Ty­dzień temu tam oddałem swój głos w europejskich wyborach parlamentarnych. Swoją drogą, to najładniej urządzony lokal wyborczy, w jakim kiedykolwiek byłem. I nawet było w nim trochę ruchu; ciekawe, jak z frekwencją było w kraju.
W każdym razie, spełniwszy swój obywatelski obowiązek, mogę się zabrać za pi­sanie nowych wieści. Tym razem będzie o kilku wycieczkach, które odbyłem poza Strasburg, żebyście nie myśleli, że nie wychylam nosa z miasta. A konkretnie, będzie o dwóch wycieczkach, na które się wybrałem w łikend 15–16 maja oraz o jednej, którą odbyłem w 10 czerwca.
=== Dambach-la-Ville i okolice ===
W sobotę 15 maja wybrałem się na wycieczkę ze znajomymi: dwojgiem Francuzów – Sabriną i Christophem – oraz dwojgiem Bułgarów – Iriną i Stojem. Pojechaliśmy autem Christophe’a do Dambach-la-Ville, małego miasteczka u podnóża Wogezów. Zaparkowaliśmy koło starego kościółka św. Sebastiana, w którego murach znajduje się małe ossuarium, czyli pomieszczenie wypełnione ludzkimi kośćmi. Przy kracie wisi tabliczka z groźnym memento: „Czym jesteście, my byliśmy; czym jesteśmy, wy się staniecie.” W sam raz na początek wycieczki po górach, nie? Co ciekawe, z drugiej strony kościół­ka jest ganek, który sugeruje, że kościół został przerobiony na dom mieszkalny!
Wogezy to stare góry, więc łażenie po nich nie jest specjalnie groźne ani męczą­ce. A mimo to, widoczki zdarzają się całkiem ładne. Zresztą Wogezy to nie tylko przy­roda; przypominają trochę nasz Szlak Orlich Gniazd – praktycznie co górka to zamek, a raczej ruiny zamku. Na naszej nie tak znów długiej trasie zaliczyliśmy trzy: Orten­bourg, Bernstein i Ramstein, ale niestety, nie do wszystkich udało nam się wejść. Nie rozumiem, jak można było ruiny doprowadzić do takiego stanu, by chodzenie po nich groziło śmiercią!
Po zejściu z gór wróciliśmy do Dambach idąc przez winnice rozciągające się na stokach między lasem u góry a wioskami na dole. Na koniec przeszliśmy przez samo miasteczko Dambach; bardzo malownicze, choć zdarzały się i domki, wprawdzie zbudowane w stylu jak najbardziej alzackim, ale pomalowane – zapewne niedawno – w bar­wy seledynowo-różowe. Wycieczka była bardzo udana, również dzięki pięknej pogodzie i – co najważniejsze – miłemu towarzystwu. Sabrina zrobiła podczas wycieczki trochę zdjęć, które można oglądnąć na stworzonej przez nią stronie.
=== Z Kolmaru do Ribeauvillé ===
Następnego dnia nie udało mi się już znaleźć chętnych na wycieczkę według mo­jego planu, więc pojechałem sam. Plan był prosty: pociągiem do Kolmaru, stamtąd rowe­rem do Kaysersbergu, dalej do Riquewihru i Ribeauvillé, i w końcu znów pociągiem do Strasburga. Podróżowanie pociągami SNCF (francuskich kolei państwowych) to praw­dziwa przyjemność w porównaniu z naszym PKP (pięknie, k...., pięknie). Pociągi jeżdżą tu szybko, cicho, punktualnie, są klimatyzowane, a co dla mnie szczególnie ważne, mają specjalne pomieszczenia na rowery, za przewóz których nie trzeba nic dodatkowo pła­cić (oczywiście za sam bilet trzeba zapłacić i to sporo). Nie można tylko zapomnieć o skasowaniu biletu przed wejściem do pociągu, choć do tej pory pozostaje dla mnie zagadką, po co te bilety się kasuje.
W Kolmarze (Colmar), jak może pamiętacie, byłem już w grudniu. Jednak teraz, na wiosnę wyglądał dużo lepiej. Poza tym obejrzałem parę miejsc, które wtedy pominąłem, m.in. przepiękną gotycką kolegiatę św. Marcina. Ale tym, na co najbardziej się cieszy­łem od początku, było Muzeum Unterlinden. Nie zawiodłem się. Muzeum mieści się w trzynastowiecznym klasztorze, do Rewolucji zajmowanym przez siostry dominikanki. W salach wokół ślicznego wirydarza i krużganków znajduje się przede wszystkim ko­lekcja średniowiecznej sztuki sakralnej. Do tejże kolekcji należy największa chluba muzeum – ołtarz z Isenheimu. Znając ten ołtarz z reprodukcji i z opisów, bałem się trochę, że nie zrobi na mnie aż takiego wrażenia, jak się powinienem był spodziewać. Stało się jednak odwrotnie – dzieło należące niegdyś do klasztoru antonitów w Isen­heimie przerosło moje oczekiwania. Z pewnością jeszcze większe wrażenie robiłby na swoim miejscu, czyli w kościele, ale wtedy nie zobaczyłbym wszystkich skrzydeł ołta­rza. Jest to bowiem dość złożony poliptyk, który w muzeum rozłożono na części; można więc przyjrzeć się każdemu fragmentowi z osobna, ale jak wyglądała całość, trzeba już sobie wyobrazić.
Centralnym i najstarszym elementem poliptyku są drewniane złocone statuy św. Antoniego w towarzystwie świętych Hieronima i Augustyna, dzieło Nicolasa z Hague­neau. Pod spodem znajduje się predella zawierające rzeźbione popiersia Jezusa i apostołów. Lecz z artystycznego punktu widzenia ważniejsze są skrzydła ołtarza, do­robione później przez Matthiasa Grünewalda, jednego z najwybitniejszych niemieckich malarzy późnego gotyku. Stworzył on dwie pary skrzydeł ruchomych, jedną parę skrzydeł nieruchomych oraz dodatkowe skrzydło zakrywające predellę. W ten sposób możliwe były, w zależności od okresu w roku liturgicznym, trzy odsłony ołtarza. Na co dzień skrzydła były zamknięte, ukazując najbardziej chyba znaną część ołtarza, czyli Ukrzyżowanie. Jezus jest tu przedstawiony w chwili śmierci, ze spuszczoną głową, z siną skórą i z palcami powykręcanymi z bólu. Jasno oświetlony krzyż stoi na ciemnym, niemal czarnym tle, co dodaje obrazowi niesamowitej głębi. To z pewnością jedno z najbardziej realistycznych i przejmujących wyobrażeń śmierci Chrystusa. Pod spo­dem, na skrzydle zakrywającym predellę, namalowane jest Złożenie do grobu.
Od święta zewnętrzne skrzydła otwierano i ukazywały się sceny dużo radośniej­sze, przepełnione światłem i żywymi barwami. Od lewej do prawej były to: Zwiastowa­nie, Koncert aniołów dla Maryi z Dzieciątkiem oraz Zmartwychwstanie. Szczególnie środkowa scena jest bardzo pogodna i romantyczna. Bóg, patrzący z nieba na Maryję, i otaczający Go aniołowie są namalowani tak, jakby składali się wyłącznie ze światła. Natomiast Chrystus zmartwychwstały wisi w powietrzu nad otwartym grobem, wokół którego leżą nieprzytomni strażnicy, a sam otoczony jest wielką kulą ognia. Powie­działbym, że wygląda to nieco komiksowo, ale i tak mi się podoba. W trzeciej odsłonie ukazywały się wyżej wspomniane rzeźby, a na skrzydłach po bokach – obrazy z życia św. Antoniego. Szczególne wrażenie robi Kuszenie św. Antoniego napastowanego przez chmarę potworów rodem z najgorszych koszmarów.
Myślę, że Grünewald był mistrzem w ukazywaniu zarówno piękna, jak i brzydoty, radości i cierpienia. A do tego wyśmienicie operował światłem i kolorem. Bardzo dobre reprodukcje, z opisami po angielsku, można znaleźć na stronie Web Gallery of Art. Polecam też artykuł Pas­ja i ból, w którym Tadeusz Boruta porównuje isenheimski ołtarz z Pasją Mela Gibsona (Tygodnik Powszechny z 28 marca 2004 r.).
W muzeum tak mi się podobało – również ze względu na przyjemny chłód klasztor­nych murów – że nie bardzo chciałem wychodzić na trzydziestostopniowy skwar, ale w końcu zaplanowałem sobie fajną trasę, więc trzeba jechać. Z Kolmaru pojechałem do Kaysersbergu. To jedno z typowych alzackich miasteczek turystycznych – malownicze średniowieczno-renesansowe domki wzdłuż rzeczki płynącej przez środek miejscowoś­ci, stare uliczki, mostki, kościoły, mury miejskie. Wszędzie pełno kwiatów. Są też dzie­ci w alzackich strojach ludowych, zarabiające pozowaniem turystom do zdjęć. Dookoła, tuż poza miastem rozciągają się winnice, a nad tym wszystkim górują ruiny zamku. Z wieży zamkowej jest piękny widok na miasteczko, winnice, góry i okoliczne miejs­cowości. Widać też trasę rowerową, którą miałem dalej jechać – prowadzi poprzez winnicę do Kientzheim, kolejnego malowniczego, sennego miasteczka ze średniowiecz­nymi obwarowaniami, a potem skręca i idzie… hm, przez przełęcz.
Oczywiście stromy wyjazd rowerem na przełęcz pod wiatr i w palącym słońcu (winnice mają to do siebie, że nie dają z grosz cienia) to to, co tygrysy lubią najbar­dziej. Jeszcze przyjemniej się z tej przełęczy zjeżdżało, prosto do Riquewihru. Rique­wihr to jedno z najbardziej popularnych miasteczek Alzacji. Składa się z jednej głów­nej ulicy, prowadzącej od jednej bramy do drugiej i całej masy ciasnych uliczek bocz­nych z ich kamieniczkami i podwórkami. Ślicznie i idyllicznie jak zawsze. Serio, a w do­datku od mniej więcej XIV wieku naprawdę niewiele się tu zmieniło.
Wyjechawszy z Riquewihru, minąłem potężny korek, pewnie złożony ze strasbur­czyków wracających z łikendu, i dojechałem do Ribeauvillé. W Ribeauvillé, podobnie jak w Kolmarze, byłem już wcześniej, ale miło było zobaczyć je jeszcze raz. A na koniec, jeszcze przejazd do stacji kolejowej – parę kilometrów od miasteczka – i do domu. To była jedna z najbardziej udanych wycieczek. Niestety, z tej wyprawy nie mam żadnych zdjęć.
=== Nancy ===
Przed wycieczką do dawnej stolicy Lotaryngii, Nancy kojarzyło mi się przede wszystkim z naszym królem, Stanisławem Leszczyńskim. To była przecież jego książę­ca stolica, kiedy już pożegnał się ostatecznie z tronem polskim, i to za jego panowania miasto przeżyło okres największej świetności. Warto zauważyć, że „Stanislas” Wspa­niały, zwany też Dobrym Królem Stanislasem („Leszczyński” jest, rzecz jasna, nie do wymówienia dla Francuzów) jest tu znacznie lepiej wspominany niż u nas. Na polskich lekcjach historii ledwie się o nim wspomina, zresztą w ogóle mało się mówi o tak ponurym w dziejach Rzeczypospolitej okresie, jak czasy gonienia od Sasa do Lasa. A tym­czasem, myślę, że to niezwykle ciekawa i wybitna postać, i warto ją przypomnieć.
Stanisław pochodził magnackiej rodziny, był świetnie wykształcony, znał wiele ję­zyków i bardzo się interesował sztuką, zwłaszcza architekturą. W wieku 22 lat został wojewodą poznańskim, co w normalnych warunkach byłoby zwieńczeniem jego kariery. Ale los zdarzył, że w czasie Wielkiej Wojny Północnej, kiedy armia szwedzka, poko­nawszy wojska duńskie, rosyjskie i saskie, zajęła większą część Polski, a konfederacja średzka zdetronizowała pokonanego Augusta Mocnego, król szwedzki Karol XII natk­nął się w poznańskiej karczmie na pana wojewodę. Tam, przy browarku, Karol uznał, że Stasiu świetnie nadawałby się na nowego króla Polski. W lipcu 1704 r. sejm złożony z kilku kasztelanów i kilkudziesięciu szlachty, przy wsparciu zarówno szwedzkiej armii, jak i szwedzkiej kasy, wybrała Leszczyńskiego na nowego monarchę Rzeczypospolitej. Rok później Stanisław został ukoronowany, nota bene nowiutką koroną ufundowaną przez Karola, bo stare polskie regalia August zabrał był ze sobą do Drezna.
Tymczasem, kiedy Karol był zajęty wojną z Augustem, Piotr Wielki zdążył zreor­ganizować i rozbudować rosyjską armię oraz zdobyć dostęp do Bałtyku. Kiedy Szwedzi wznowili wojnę z Moskwą, okazało się, że Rosjan nie dało się już pokonać. Nawet kozacki hetman Mazepa, którego Leszczyński przeciągnął na stronę szwedzką, niewiele mógł pomóc. Po klęsce zadanej Szwedom w bitwie pod Połtawą, Karol, Stanisław i Ma­zepa musieli szukać schronienia w Turcji, a August wrócił do Polski po swoje. Jako na­grodę pocieszenia Stanisław dostał księstewko Zweibrücken w Nadrenii, ale na codzień przesiadywał w lotaryńskim Weissenburgu.
W 1725 r. czternastoletni Ludwik XV zaczął szukać sobie żony. Nie wiem, jakim sposobem, ale na liście kandydatek znalazła się Maria, córka Stanisława, i ostatecznie to ona okazała się królewską wybranką. Nie pomogły protesty dworzan przeciw takiemu mezaliansowi z córką prostego polskiego szlachcica, który przypadkiem przez parę godzin był królem, a do tego brzydką. W ciągu dziesięciu lat Maria dała Ludwikowi dziesięcioro dzieci. Potem król przestał się nią interesować i zaczął ją regularnie zdradzać; miał nawet w ogrodach Wersalu cały harem, do którego zakradał się w prze­braniu polskiego szlachcica.
Ale zanim do tego doszło, to w 1733 r. zmarło się Augustowi Mocnemu, a Europę ogarnęła kolejna wojna, znana jako Wojna o Polską Sukcesję. Pretensje Leszczyńskie­go poparł oczywiście jego zięć, a także Hiszpania i Sardynia; natomiast Rosja, Austria i szlachta litewska stanęły po stronie Fryderyka Augusta. Na początku szło nieźle; Francja zajęła Lotaryngię, Hiszpania pokonawszy Austrię zdobyła Neapol, a Leszczyń­ski zdążył sobie jeszcze pokrólować przez trzy lata. Jednak potem Rosjanie zajęli Warszawę i Stanisław w przebraniu chłopa musiał brać nogi za pas. Wreszcie wszyscy dogadali się jakoś w Wiedniu i uradzili, iż: król hiszpański Karol III zatrzyma sobie Neapol i Sycylię, ale odda Austrii Parmę; Maria Teresa będzie mogła odziedziczyć tron po ojcu; a na tronie polskim pozostanie Fryderyk August. Leszczyński zachował tytuł królewski i do tego dostał księstwo Lotaryngii i Baru, które dotychczasowy ksią­żę Franciszek III zamienił na Toskanię. Kto na tym wszystkim zyskał najwięcej? Fran­cja – która miała dostać Lotaryngię po śmierci Leszczyńskiego. Stanisław miał tylko przygotować Lotaryńczyków na francuskie rządy.
I zrobił to świetnie. Voltaire napisał o Leszczyńskim, że w swych nowych posiadło­ściach zrobił „więcej dobrego, niż którykolwiek król Sarmatów kiedykolwiek zdziałał nad Wisłą.” Jego panowanie to okres największej świetności Nancy, które przebudował z wielkim rozmachem w stylu klasycystycznym. Na środku głównego placu miasta, czyli Placu Stanisława (''Place Stanislas'') stoi dziś jego pomnik, podpisany: „swemu dobro­czyńcy, Stanisławowi, wdzięczna Lotaryngia.” Po bokach cokołu wypisane są wszystkie jego zasługi – założone przez niego sierocińce, szkoły, domy starców itp. Tak Lesz­czyński szczęśliwie zarządzał Lotaryngią przez trzydzieści lat, aż do pewnego tragi­komicznego wypadku w jego rezydencji w Lunéville. Jak to było wówczas w zwyczaju, podszedł do kominka, aby załatwić do niego pewną potrzebę; jednak pech chciał, że jego ubranie zajęło się ogniem. Zmarł parę dni później w wyniku oparzeń, w wieku 89 lat, jako najdłużej żyjący król polski.
No, starczy tej historii, wróćmy do samego miasta. Jadąc (rowerem, rzecz jasna) przez miasto z północy na południe, a potem na zachód, można prześledzić jego histo­ryczny rozwój od średniowiecza po XX wiek. Do Starego Miasta wjeżdża się przez dwie potężne renesansowe bramy. Na drugiej z nich wyryty jest wielki krzyż lotaryń­ski (&nbsp;‡&nbsp;). Dalej jedzie się wzdłuż Pałacu Książęcego z pięknym gotyckim portalem i dłu­gim rzędem rzygulców.
Za Pałacem rozpościera się część miasta zbudowana za Stanisława. Długim za­drzewionym placem jedzie aż do majestatycznego, złoconego łuku triumfalnego, za którym otwiera się wspomniany już Plac Stanisława. Wokół niego stoją klasycystyczne gmachy mieszczące dziś operę i muzeum, złocone fontanny i bramy oraz ratusz. Cen­tralnym motywem na fasadzie ratusza jest herb Rzeczypospolitej – z Orłem, Pogonią oraz głową żubra (to Wieniawa, rodzinny herb Leszczyńskich).
Dalej, za placem, jest już miasto XIX-wieczne. Choć Nancy jest dwa razy mniej­sze od Strasburga (bez aglomeracji), to zabudową bardziej przypomina Paryż niż ro­biący wrażenie prowincjonalnego Strasburg. Tutaj można też znaleźć perełki architektury pochodzące z drugiego okresu świetności miasta, a mianowicie z przełomu XIX i XX wieku, kiedy przeniosło się tu wielu Francuzów z terenów zajętych przez Niemcy, a Nancy stało się głównym ośrodkiem rozwoju francuskiej secesji (''Art Nouveau''). Ko­lekcje wyrobów użytkowych pochodzących z tzw. szkoły Nancy to najciekawsze, co można zobaczyć w tutejszych muzeach. Zwiedziłem dwa z nich. Jedno jest w całości poświęcone secesji. Dosyć się zdziwiłem, kiedy kazano mi założyć plecak na brzuch… Ale zrozumiałem, gdy okazało się, że pokaźna część kolekcji to wyroby ze szkła, które plecakiem można by łatwo uszkodzić. Choć muzeum jest w sumie niewielkie, to zrobiło na mnie duże wrażenie – jeszcze nigdy nie widziałem takiego nagromadzenia secesji i to w najlepszym wydaniu. Salony, sypialnie, jadalnia i łazienka, a do tego niezliczone szklanki, wazy, puchary i inne naczynia – wszystko w wymyślnych kształtach i kolorach, przeważnie z motywami roślinnymi i owadzimi.
W drugim muzeum, tym przez Pl. Stanisława, są już działy poświęcone różnym epokom. Od sztuki średniowiecznej po mało znane dzieła znanych artystów dwudzies­towiecznych – Picassa, Duchampa, Modiglianiego, Marcoussisa… Ale i tak najciekawsze jest podziemie. Tam, wśród zachowanych fragmentów murów miejskich, znajduje się jeszcze jedna kolekcja naczyń szklanych, głównie secesyjnych (jest też trochę now­szych dzieł). O naczyniach tych trudno powiedzieć, by miały charakter użytkowy, ale to prawdziwe dzieła sztuki. Formy są tak wymyślne, że zacząłem się zastanawiać, skąd ci artyści mieli takie wizje. Pewna możliwa odpowiedź przyszła mi do głowy, gdy ujrza­łem naczynia z motywami grzybowymi…
Wycieczka miała tylko dwa mankamenty: po pierwsze, co zabytek, to remont i rusztowania, a po drugie, niemiłosierny upał. Dobrze, że chociaż pociąg do Strasburga był klimatyzowany. Zdjęcia w Nancy robiłem pożyczonym od sąsiada aparatem konwencjonalnym, co znaczy, że jak kolega je wywoła i mi je zeskanuje, to będą.
Uff, rozpisałem się trochę, ale trzeba było nadrobić zaległości. Pozdrawiam ser­decznie.
== Topografia ==
Strasburg leży nad rzeczką o&nbsp;nazwie Ill, która trochę dalej na północ wpada do Renu. Praktycznie cała strasburska starówka leży na wyspie (''Grande Île'' – Wielka Wyspa), którą od południa opływa Ill, a&nbsp;od północy – sztucznie wykopana fosa. To tutaj znajdują się główne zabytki miasta – katedra, kościoły katolickie i&nbsp;protestanckie; na pół drewniane, a&nbsp;na pół murowane kamieniczki; wąskie uliczki, małe ryneczki i&nbsp;rozległe place.
W miejscu, gdzie Ill i&nbsp;fosa się rozchodzą, na kilku malutkich wysepkach leży tzw. Mała Francja (''Petite France''), najbardziej malowniczy zakątek Strasburga. Niegdyś mieściły się tu młyny, garbarnie oraz szpitale, w&nbsp;których leczono chorych na francuską chorobę (stąd nazwa). Teraz są tu restauracje, sklepy z&nbsp;pamiątkami i&nbsp;setki turystów.
[[File:Strasbourg_Observatory.JPG|thumb|Strasburskie obserwatorium astronomiczne]]
W XIX w. na północny wschód od Wielkiej Wyspy Niemcy zbudowali nową, monumentalną dzielnicę (''Ville Allemande'' – Niemieckie Miasto). Jej główną osią jest Bulwar Wolności ciągnący się od Placu Republiki na południowy wschód po Plac Uniwersytecki. Dalej rozciąga się Dzielnica Uniwersytecka z&nbsp;przytłaczającym Pałacem Uniwersyteckim, za którym Niemcy zbudowali m.in. muzeum zoologiczne, ogród botaniczny i&nbsp;obserwatorium astronomiczne. Trochę bardziej na południe i&nbsp;na wschód znajdują się nowsze, XX-wieczne budynki składające się w&nbsp;sumie na wielki kampus trzech strasburskich uniwersytetów.
Instytucje Europejskie leżą nieco dalej na północ, w&nbsp;miejscu, gdzie rzeczka Ill krzyżuje się z&nbsp;kanałem Marna-Ren. Na trzech rogach tego „skrzyżowania” wznoszą się trzy „ultranowoczesne” – jak powiedzieliby Francuzi – gmachy: Pałac Europejski (siedziba Rady Europy), Parlament Europejski oraz Trybunał Praw Człowieka. Tuż obok Pałacu Europejskiego leży największy i&nbsp;najładniejszy park Strasburga, zwany Oranżerią.
== Powrót ==
<div align="right" style="float: right; margin-left: 5px;">Kraków, 24 października 2004 r.</div>
Witam, witam
Wiem, że to trochę późno, ale od kiedy wróciłem do Krakowa, jestem bez dostępu do Internetu, czyli wirtualnie odcięty od świata. Zresztą, wakacje nie sprzyjały temu, żeby siedzieć przy komputerze i pisać. Niemniej opis moich ostatnich dni w Strasburgu i mojego powrotu do domu, no i jakieś podsumowanie całego pobytu, bez wątpienia należą się wszystkim dotychczasowym czytelnikom Wieści. A zatem zabieram się do pisania:
Koniec pobytu w Strasburgu był już całkiem luźny. Zajęcia na uczelni skończyły się mniej więcej w połowie miesiąca, a większość przedmiotów zaliczyłem już przed sesją. Niestety pod koniec czerwca większość znajomych zaczęła już wracać do domów lub przeprowadzać się do innych akademików, tak że zaczęło się już robić cokolwiek pusto i nudnawo. Jakimś urozmaiceniem były wycieczki rowerowe poza miasto; jak się miało później okazać, ostatnie moje przejażdżki na tym rowerze.
Remont, o którym pisałem w pierwszym semestrze, jeszcze się ciągnął, choć był już nieco mniej uciążliwy. W każdym razie co najmniej jedna z kuchni była stale zamknięta, a stare i brudne kuchenki wymieniono na… żadne. Zasada, że pokój należy zosatwić w takim stanie, w jakim się go zastało, w moim akademiku nie obowiązywała: my zastaliśmy swoje pokoje rozbebeszone, zakurzone, a czasem nawet trochę zagruzowane, ale zdać musieliśmy pokoje sterylnie czyste i nienaruszone.


{{clear}}
{{Galerie zdjęć z&nbsp;Francji}}
{{Galerie zdjęć z&nbsp;Francji}}
[[Kategoria: Judkowe]]
[[Kategoria: Judkowe]]
[[Kategoria: Wieści]]
[[Kategoria: Wieści]]