Otwórz menu główne

Kostek i Tukan podbijają Barcelonę, maj 2006

Ten wyjazd był banjacki.

Poniżej opis dla tych, których nie było, oraz dla tych, którzy chcą powspominać.

Ave Banjak


Wstęp

Ave Banjakos. Los dos amigos con Cataluña spravosdandos. Nos sonos błogosławionos muchos. Poniżejos przeczytacios cos a propos naszos wyprawos do Barcelonos buenos. Pieknos tu jestos wiecos będzienos pieknos scrivandos. Con Banjacos. Tukanos y Coseque.

Co my tu robimy? Jesteśmy na służbowym wyjeździe CITTRU, za który płaci nam Unia Europejska (niech będzie jej chwała na wieki!). Mamy spotykać się z ludźmi z uniwersytetów i się od nich uczyć – przynajmniej tak to wygląda w teorii. Jak jest w praktyce, przekonacie się poniżej. Benvenutos a Barcelona!

Podróż

Tukanos

Tukan podróżował z Heidelbergu. Jego podróż rozpoczęła się już o 22:00 w sobotę, po czym ukoił swe cielsko w błogim lotniskowym fotelu. O 10:00 dnia następnego zameldował się w miejscu przeznaczenia czyli w dzielnicy Barceloneta, gdzie oprócz jachtowego portu znajduje się plaża. O 14:00 spotkał się z Kostkiem i się zaczęło...

Costeq

Kostek rozpoczął swoją podróż od pobudki o 4 nad ranem. Po dotarciu z Bibic na wspaniałe lotnisko w Balicach wcisnął się do malutkiego samolociku czeskich linii lotniczych do Pragi. Na praskim aeroporcie znieczulił się wyśmienitym pilznerkiem o 8 rano. Kolejnym etapem była droga z Pragi do Barcelony, która obfitowowała w niezapomniane widoki, po czym krótka, acz intensywna droga do hotelu z taksówkarzem, co nie znał zupełnie trasy. O 14, po dotarciu do dzielnicy Barceloneta, spotkał się z Tukanem i się zaczęło...

Dzień pierwszy

W sobotę, po dokonaniu niezbędnych formalności, udaliśmy się z cittrusami na pierwszy spacer po Barcelonie. Po przejściu malowniczym bulwarem przy marinie barcelońskiej pod Kolumnę Kolumba, zaczęliśmy wgryzać się w centrum miasta jego tętniącą życiem aortą – Rambla. Ogarnął nas tam kicz w postaci różnorakich oryginałów (klaunów, pożeraczy żyletek i plagiatorów krakowskiej "białej damy"), dlatego skręcliśmy w węższe i mniej uczęszczane przez niemieckich emerytów uliczki. Po zwiedzeniu ładnego, a schowanego gotyckiego kościoła Santa Maria del Pi, dotarliśmy na rozległy Placa Reial przyozdobiony Fontanną Trzech Gracji. Przysiedliśmy w tamtejszej cervezerii (piwiarni) i wypiliśmy katalońskie piwko w miło oszronionych kuflach. Potem dotarliśmy ulicami starego miasta pod katedrę, która nie zrobiła na nas niemal żadnego wrażenia (może gdyby nie była cała w rusztowaniach, byłoby inaczej). Kręcąc się po wąskich, obskurnych uliczkach dotarliśmy z powrotem do naszego hotelu. Akcentem kończącym ten dzień, było niezobowiązujące piwko w knajpie przy plaży. Zgrzyt w drodze powrotnej: spotkaliśmy bezrobotnych Polaków nocujących w parku (trzeciego dnia ten zgrzyt zostanie zamazany w naszej pamięci przez inne niespodziewane polskie spotkanie...).

Dzień drugi

Drugi dzień naszego pobytu był pierwszym dniem pracy. Dlatego przemierzyliśmy metrem całe miasto (odtąd robiliśmy to prawie codziennie), żeby dostać się do Rektoratu UPCUniversitat Polytechnica di Catalunya. Tam właśnie, obok stawu z kaczkami, nasi gospodarze urządzali nam prezentacje instytucji, które – w ich mniemaniu – miały dużo wspólnego z CITTRU. Pierwszego dnia pracy mieliśmy tylko krótką prezentację Sylvii zwanej też Berenice, a potem czym prędzej pobiegliśmy na stadion Nou Camp, gdzie zrobiliśmy sobie zdjęcia z niedawno zdobytym przez FC Barcelona, Pucharem Europy. Po quasi-piłkarskich przeżyciach w świątyni futbolu, udaliśmy się do hotelu, aby już w luźniejszych i mniej formalnych strojach (i nastrojach) pożreć kałamarniczki i inne calmari w prawdziwie portowej knajpce dla miejscowych (Kostek w pierwszym odruchu stanowczo odmówił zjedzenia tych morskich potworów, jednak przemógł się, w czym niewątpliwie pomogło tanie stołowe wino). Wieczorem odłączyliśmy się od grupy celem odbycia banjackiego spaceru po uroczych uliczkach Barcelony. Zmęczone stopy odpoczęły nam przy piwku na Starym Mieście. Następnie w umówionym miejscu (pod Burger Kingiem) spotkaliśmy się z resztą grupy i znów bezskutecznie szukaliśmy odpowiedniej knajpy. Długi dzień zakończyliśmy partyjką ping-ponga.

Dzień trzeci

Dzień trzeci – wtorek, rozpoczęliśmy tradycyjnie od dostania się metrem do rektoratu UPC, gdzie znów słuchaliśmy arcyciekawych prezentacji (tym razem nie ugościli nas w wypasionej sali na parterze, tylko w małej suterenie i nie podali kawy i ciastek). Po, odłączyliśmy się znów od grupy, uznając, że są w Barcelonie ciekawsze rzeczy do roboty niż jedzenie obiadu w mesie uniwersyteckiej. Autobusem dostaliśmy się we dwóch pod kościół, a raczej budowę Sagrada Familia.

Kościół pw. Świętej Rodziny to prawdopodobnie najbardziej znana świątynia w Hiszpanii. Zasłużenie. Jest niesamowita i wymykająca się wszelkim schematom. Autorski projekt Antonio Gaudiego – architekta, który chyba nigdy nie zbudował niczego prostego, jest budowany od ponad 80 lat (Gaudi nie żyje już od przedwojnia) i będzie budowany jeszcze co najmniej 30! Zapłaciwszy z ciężkim sercem Polaków po 2 eurasy, zabraliśmy się windą pod niebo – na wysokość ok. stu metrów... Zjeżdżając nie omieszkaliśmy się spytać czy droga powrotna jest już wliczona. Była.

Później, wygłodzeni, udaliśmy się do baru "Barcelona" na zasłużone tapas i piwko Estrella. Następnym punktem programu był stadion, na którym odbywa się korrida, niestety najbliższa miała być w niedzielę. Niepocieszeni poszliśmy spacerkiem w stronę hotelu, zahaczając po drodze o przepiękny park z mamutem i siedzibą parlamentu Katalonii. Nie zapomnieliśmy także o zobaczeniu Łuku Triumfalnego, po czym dogoniliśmy autobus, który dowiózł nas do naszej dzielnicy.

Dzień czwarty

Dzień piąty

Czwartek był dniem wolnym od "pracy", więc banjaki w towarzystwie Maćka Cz. znów odłączyły się od grupy i udały się na wycieczkę do Figueres, gdzie znajduje się muzeum sztuki Salvadore Dalego. Artysta ten żył i tworzył właśnie w tym uroczym mieście. Po obejrzeniu ekspozycji i mając w pamięci wyczyny artystyczne Gaudiego, banjaki zgodnie skomentowały: ci katalońscy artyści to świry! Idealnie pasują do cittrusów i banjaków.

Po wizycie w muzeum nasza trójka uznała, że sztuka tam przedstawiona była tyle ciekawa, co strasznie schizująca. Następnym punktem programu było drugie śniadanko na figuerskiej Rambli, gdzie przepyszny kozi ser i bagietki zagryzaliśmy miejscową kiełbaską choriso i popijaliśmy całkiem niezłym winkiem za 1 Euro. Po smacznym spożyciu pojechaliśmy do Girony, przepięknego miasteczka z akcentami średniowiecznymi, gdzie po zwiedzeniu katedry, której główna i jedyna nawa jest jedynie 3 metry węższa od tej w Bazylice św. Piotra, zasiedliśmy przy kawie tudzież innych używkach. Podczas kawnych debat zapałaliśmy chęcią do zorganizowania w tym miasteczku jednego z następnych posiedzeń Komitetu Centralnego.

Wieczorem wróciliśmy do hotelu i zrezygnowaliśmy z oglądnięcia pokazu fontann (aby sobie coś zostawić na następną wizytę), udając się na... I tutaj proszę Kostku uzupełnij, bo mi się dni pomieszały, plaża czy "beczka beczka beczka"?

Dzień szósty

Brak relacji. Chyba nic nie pamiętają.

Dzień wyjazdu

Tucanos

Ptaszyl obudził się o 4 po iluzorycznym śnie, zdołał jeszcze pożegnać wracające z imprezy cittrusy i pognał na nóżkach na autobus, który dowiózł go na lotnisko. W środkach podróży Dziobaty oddawał się głównie Morfeuszowi, ku zgorszeniu współpodróżujących, bez opamiętania. Dokładnie po 10 godzinach zameldował się w Heidelbergu, zdołał jeszcze zadzwonić do Costeq'a przebywającego na praskim lotnisku i udał się... na Salsę.

Costeq

Kościak został obudzony przez Tukana o nieludzkiej 4 nad ranem i po serdecznym banjackim uścisku dłoni żegnającym go, wrócił do snu na-czas-jakiś. Po obudzeniu właściwym i spakowaniu walizki, wybrał się na miły spacer z dziewczynami i Kamilem K., aby po raz ostatni rzucić okiem na plażę i portowe uliczki. Po nerwowej drodze taryfą na lotnisko (kierowcy doliczają na wstępie 3 euro za kurs na lotniko i po 90 centów od każdego bagażu) i zalogowaniu się w odprawie, wsiadł na pokład Boeinga 737. W Pradze spędził miło razem z cittrusami 6 godzin na lotnisku, umilając sobie ten czas zakupami wolnocłowymi, pilsnerem wypitym w barze i oglądaniem Seksu w Wielkim Mieście (naprawdę im się musiało nudzić!). O 20:44 z kolejnego odcinka przygód feministek-nimfomanek wyrwał cittrusów głos Doris: Jest last call naszego samolotu!. Cóż było robić: ruszyli wolno w stronę bramek. W tym momencie usłyszeli z głośnika: Mrs. Klys, Mr. Moon, Mr. Gourba please report to Gate no. M14. Tak oto Kostek zaistniał na międzynarodowym lotnisku w Pradze. Mały samolot pilotowany przez pana Miroslava Konopkę już grzał silniki i ledwo wsiedliśmy, a już startował. 15 minut przed czasem! Może dlatego, że 90% pasażerów stanowiły cittrusy...? A może pilot Konopka miał randkę z jakąś polską laską w Krakowie o 22? Bo o tej dokładnie godzinie Kostek wraz z cittrusami, przeleciawszy wpierw nad Nową Jerozolimą lądował na Balicach. I to by było na tyle.

Zdjęcia

Tukanowe zdjęcia
Tukan Varia
Napisz do Tukana


Na razie tak, jak skończymy stronkę to zrobimy również rearanżację i opisy.

 
Olimpijski Port Jachtowy
 
Knajpki na plaży w dzielnicy Barceloneta
 
Bliżej nieokreślona rzeźba
 
A ta, za to, bardzo określona