Otwórz menu główne

Kawa z denaturatem

Wersja z dnia 00:42, 21 mar 2016 autorstwa Judek (dyskusja | edycje) (Utworzono nową stronę "{| border="1" cellpadding="2" cellspacing="0" align="center" style="background:orange" | '''UWAGA''' '''Denaturat jest trucizną!''' Członkowie BMMG nie piją ani...")
(różn.) ← poprzednia wersja | przejdź do aktualnej wersji (różn.) | następna wersja → (różn.)

UWAGA

Denaturat jest trucizną!

Członkowie BMMG nie piją ani nie zalecają picia spirytusu denaturowanego. Poniższy "przepis" zamieszczamy dla żartu i nie należy traktować go poważnie. BMMG nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne skutki spożycia denaturatu.

Denaturat z lekką nutką dekadencji...

Składniki

  • 1 butelka denaturatu
  • 1 torebka kawy zbożowej
  • 1 łyżka miodu spadziowego
  • 4 łyżki rozpuszczalnej neski
  • 2 torebki cukru waniliowego
  • 2 cytryny

Sposób przyrządzenia

Przepis pochodzi z powieści Jerzego Pilcha Pod mocnym aniołem.

Don Juan Ziobro wpierw szykował kawę zbożową. Kawy sypał sporo i warzył ją długo, na końcu zaś, by nabrała gęstości smoły, barwy hebanu, mocy parowozu, dodawał jedną łyżkę spadziowego miodu, cztery łyżki rozpuszczalnej neski oraz dwie torebki cukru waniliowego. Tak przyrządzoną mokkę mieszał z denaturatem, to znaczy wlewał butelkę denaturatu do garnka z kawą zbożową, która już wzbogacona o podane składniki, wystudzona musiała być do lodowatości. (Na trywialne pytanie, dlaczego kawa musiała być wystudzona do lodowatości, nie będę odpowiadał.) Drewnianą warząchwią mieszał koktajl tak długo, aż wpadał w swoisty trans mieszania i zaczęło mu się zdawać, że mieszać nigdy nie przestanie. Kiedy Don Juan Ziobro uświadamiał sobie, że chyba nigdy nie przestanie mieszać denaturatu z kawą zbożową, przerywał mieszanie, wydobywał z garnka warząchew, muskał ją językiem, smakował smak jeszcze bardzo jałowy. Następnie kładł na garnku prawie całkowicie oskórowany z emalii durszlak, po czym wnętrze durszlaka wyścielał wysterylizowaną gazą... Dwie dorodne i jak najstaranniej na straganie wybrane cytryny Don Juan Ziobro z naturalną, jak na fryzjera i muzyka, i zarazem zadziwiającą, jak na pijaka o roztrzęsionych rękach, precyzją przecinał na pół. Rad był z dokonanego dzieła i długo (choć nie do granic transu) wpatrywał się w cztery leżące na stoliku identyczne połówki owoców. Nad wyścielonym gazą durszlakiem kolejno, ze skrajną metodycznością, wyciskał sok z każdej z nich. Gazę wyżymał z wielką delikatnością i wyżętą rzucał, gdzie popadło – czas skrajnej metodyczności, w ogóle czas metodyczności skończył się bowiem. I tak Don Juana Ziobro czekało jeszcze jedno (chwała Bogu ostatnie) mieszanie, i tak czekało go jeszcze wymagające najwyższej uwagi przelewanie (czynił to za pomocą całkowicie oskórowanego z błękitnej emalii lejka) prawie już gotowego trunku do starej butelki po Johnny Walkerze, którą Don Juan Ziobro przechowywał z powodów sentymentalnych...

I tak czekało go jeszcze czekanie. Dramatyczne czekanie, aż odstawiony do lodówki trunek najprzedniejszego i nieporównywalnego z niczym smaku stanie się ciemny i głębinny jak morze porosłe butwiejącą trawą.