Bez tytułu

Z BanjaWiki
Wersja z dnia 15:30, 12 mar 2016 autorstwa Tukan (dyskusja | edycje) (Utworzono nową stronę "{{Tukanowe}} Był to bardzo zwyczajny wieczór. Jak zwykle zrobiłem to, czego taki zwykły wieczór zwykł ode mnie wymagać – poszedłem do baru. Lokal dosyć przes...")
(różn.) ← poprzednia wersja | przejdź do aktualnej wersji (różn.) | następna wersja → (różn.)
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Tukanowe drobnostki
Oko Tukana
Tukan Varia
Napisz do Tukana


Był to bardzo zwyczajny wieczór. Jak zwykle zrobiłem to, czego taki zwykły wieczór zwykł ode mnie wymagać – poszedłem do baru. Lokal dosyć przestronny, zadymiony, z długim barem. Wokół widać było, że pora jeszcze bardzo wczesna, ludzie dopiero co się zbierali, słychać było słowa przywitań i pocałunki. Zasiadłem na moim ulubionym barowym krześle, blisko kranika, piątkowe wieczory mają to do siebie, że robię się leniwy. Zamówiłem małe piwo w oczekiwaniu na Marka, mojego przyjaciela. Nie minął kwadrans, zjawił się i on, ucieszyłem się, gdyż tygodnie, którymi go nie widziałem, zdawały się latami i tęskniłem już za tymi piwnymi rozmowami. Zamówił podwójną wódkę, co nie wydało mi się podejrzane, zawsze pijał wódkę, gdy szedł prosto z pracy. Pozwalała szybko odreagować stres.

Rozmowa toczyła się swoim zwykłym leniwym tempem, gdy nagle powietrze jakby zadrgało, obróciłem się, drzwi, jeszcze otwarte, właśnie domykane były przez nowo przybyłych klientów. Wróciwszy do rozmowy, zbagatelizowałem nagły chłód, który zapanował w powietrzu. Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z wagi tego prozaicznego faktu.

— Marek, jak się cieszę, że cię widzę — powiedziała nieznajoma blondynka, która pojawiła się nagle za jego plecami. Przywitali się jak starzy znajomi. Przesiedliśmy się do stolika.

— Dagmara, pozwól, że ci przedstawię mojego przyjaciela, Tomek.

— Bardzo mi miło, Tomasz.

— Mnie również, Dagmara.

Po tych kurtuazyjnych słowach rozmowa wróciła do swojego zwykłego tempa. Dagmara naturalnie i dosyć szybko włączyła się do rozmowy i nie dało się wyczuć tej zwykłej sztywności dyskusji, pojawiającej się wraz z przybyciem kogoś nowego. Okazało się, że czeka na przyjaciółkę, zaproponowaliśmy, aby zostały z nami, dołączyła Maja.

— Cześć, jestem Maja — usłyszałem zza pleców. Podniosłem się powoli aby się przywitać… Potem tylko myślałem o tym, czy stałem tam wpatrzony w nią wieczność, czy tylko parę sekund? Czy oni zauważyli, czy ona? Usiadła naprzeciwko. Przez moment jeszcze szumiało mi w głowie, widziałem tylko poruszające się usta… rozmowa… Bez słów. Miała piękne usta, zwilżała je lekko co jakiś czas, a ich błysk w świetle świec miał coś z magii.

Tak poznałem Maję. Wiele więcej nie pamiętam z wieczoru, oprócz tego uczucia, tej chuci, nie, nie chuci… Tego nieopisywalnego pragnienia. Pragnienia świetlistych ust i ich kącików, lekko ku górze skierowanych. Tych rzęs i oczu, koloru nieodgadnionego. Tych policzków rozgrzanym różem naznaczonych w zimową noc. Tej szyi, tych rąk, tych piersi których dostrzec nie potrafiłem spod grubego swetra, choć, muszę przyznać, starałem się przebić wzrokiem i jej sweter, i jej serce, jeszcze dla mnie nieodgadnione.

— Co tak milczysz? Mowę ci odjęło czy jak? — zapytał Marek, gdy mnie spotkał skrapiającego twarz w toalecie. Cucącego zimną wodą niezrozumiały lęk, obawę i uczucie.

— Chybaa… Chyba tak. — odrzekłem. Spojrzał mi w oczy.

— Stary, wzięło cię? Dagmara, tak? Nie dziwę się, stary ja wciąż myślę o tym, jakby ją zaciągnąć do łóżka.

— Nie. Maja.

— Maja? O ty stary zbereźniku, o czym ty myślisz? Mogłem się spodziewać, no masz rację, też niezła sztuka, choć nie w moim typie, może i lepiej… Dla ciebie oczywiście, ha ha. Nie masz konkurencji.

— Marek. Ja… ja. Ja nie wiem, co powiedzieć, nigdy jeszcze tak nie miałem.

— O, ho ho. To cię jednak wzięło.

Wróciliśmy do stolika, ona milczała sącząc drinka przez fantazyjnie zagiętą słomkę. Ja również, nie odwracałem on niej wzroku. Nie, to jej nie peszyło. Zerkała co jakiś czas, niby przypadkiem, czy coś się zmieniło. Nie. Ja wciąż tkwiłem zauroczony. A oni? Oni rozmawiali, wspominali szkolne przygody. My – milczeliśmy.

— No, moje gołąbki — powiedział Marek, jak zwykle wiedział, co powiedzieć — co z wami, zamurowało was czy jak? Zróbcie sobie dobrze!

Na początku opacznie zrozumiałem te słowa i ze złością spojrzałem na kumpla, lecz on trzymając w ręku cztery drinki w kolorach tęczy, już nam je podawał. Uśmiechnąłem się nienaturalnie. Stukot szklanek, jej paznokieć zahaczył o moją rękę.

— Przepraszam. — nic nie odpowiedziałem. Nic. Cisza, jaka zapadła między nami, niezmącona gwarem naszych przyjaciół i całego podpitego towarzystwa w barze trwała.

— Mam na imię Tomek. — od razu jak to powiedziałem, ugryzłem się w język, co za głupota. Przecież się przedstawiliśmy. Już godzinę tak razem siedzimy. Dlaczego faceci, jak się zauroczą, są tacy miękcy? Uśmiechnęła się.

— Maja. Pamiętam. To nie było tak dawno, jak powiedziałeś to pierwszy raz. Zastanawiam się, czy tylko to jedno słowo, jakie znasz, czy coś więcej. — powiedziała z lekką nutką ironii sięgając jednocześnie po słomkę swojego drinka. Nie, nie musiała tego robić. Wyciągnęła słomkę i zaczęła ją ssać. Powoli, kropelka po kropelce niedopitego drinka, zbierała się w rowku dolnej wargi. Czułem, że rosnę, w przenośni i w dosłownym znaczeniu. Założyłem nogę na nogę.

— Chyba coś więcej. — nastąpiła cisza, ona czekała na coś więcej. A co ja mogłem więcej powiedzieć? Próbowałem w mgnieniu chwili przypomnieć sobie te ściemy i bajery, jakich zwykłem używać zabawiając kobiety, z którymi chciałem się przespać, z którymi chciałem być. Nie, z nią nie chciałem być, nie chciałem jej mieć, nie chciałem z nią się kochać. Pragnąłem, aby to ona mnie posiadła i owinęła wokół palca, wokół tego bordowego, długiego i obiecującego rozkoszny ból paznokcia. Pragnąłem, aby ona chciała mnie mieć, i ja bym był. Kimkolwiek by chciała, bym był. Myślałem intensywnie o słowach, lecz nie wychodziły z moich ust. Spuściła wzrok, uśmiechając się i z lekka przygryzając kolorową słomkę.

— Muszę już iść, do zobaczenia następnym razem. Pomożesz mi? — zapytała mnie, gdy nakładała płaszcz. Nie mogłem się ruszyć, szturchnięcie Marka mnie podniosło na nogi.

— Oczywiście — to było jak droga na ścięcie, poczułem ją. Poczułem zapach jej perfum na jej aksamitnej skórze. Nachyliła się tak, że musnąłem jej szyję, to była wieczność. Jeszcze tylko szalik i torebka i ona zniknie — pomyślałem — zrób coś!

— Mam nadzieję, że się kiedyś jeszcze zobaczymy.

— A ja mam nadzieję, że będziesz bardziej rozmowny.

Znów zaniemówiłem. Znów pustka w głowie i czerwień na policzkach, miałem nadzieje, że nie widać jej spod całodziennego zarostu, choć właściwie wiedziałem, że ona wie doskonale, jak się czuję.

— Pa — pomachała na pożegnanie, a mnie podała dłoń. Wyczułem coś sztywnego, dała mi jakąś karteczkę i wyszła. Długi czas siedziałem jak oniemiały, zanim zerknąłem, co na niej było: W twoich oczach zobaczyłam coś, co sprawiło, że Ciebie pragnę. Nawet jeśli potrafisz mówić tylko swoje imię. Ja będę je krzyczeć.

Zrobiło mi się sucho. Marek z Dagmarą byli wielce zdziwieni, gdy wypiłem dwa piwa duszkiem. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, a może jasno, nie wiem sam. Tkwiłem tam jeszcze kwadrans, ubrałem się i wybiegłem bez pożegnania. Ona czekała. Maja.


Za inspirację: Wicker Park, J.L. Wiśniewskiemu

Za motywację: Asi Śliwińskiej

Za temat: …