Wieści ze Strasburga: Różnice pomiędzy wersjami
| Linia 296: | Linia 296: | ||
Tymczasem pozdrawiam Was i do następnych wieści! | Tymczasem pozdrawiam Was i do następnych wieści! | ||
== Urząd == | |||
<poem>godziny otwarcia: | |||
12:00 – 13:30 | |||
z półtoragodzinną przerwą na obiad | |||
w week-endy (sobota – poniedziałek) nieczynne</poem> | |||
Strasburg, 1 listopada 2003 r. | |||
Witam, | |||
Mniej więcej tak, jak napisałem w nagłówku, mogłyby wyglądać tabliczki na drzwiach wszystkich tutejszych urzędów i instytucji, gdyby tylko francuskim urzędnikom chciało się takie tabliczki wywieszać. Ale ponieważ z reguły nie wywieszają, to nie ma stresu; trzeba tylko liczyć na łut szczęścia, że akurat się trafi na moment, gdy ktoś w nagłym przypływie służbowej gorliwości przyszedł do pracy. A jeżeli już je nawet wywieszają, to w środku, więc można je zobaczyć tylko w godzinach otwarcia. Sprytne, nie? | |||
Z tym „week-endem” (wiem, że po angielsku powinno się pisać razem, ale Francuzi wolą pisać z kreską; może tak jest bardziej po francusku?) to może trochę przesadziłem, ale na przykład banki naprawdę są zamknięte w poniedziałki. | |||
Wprawdzie najgorszy okres załatwiania przeróżnych formalności mam już praktycznie za sobą (choć trochę papierków jeszcze mi zostało do złożenia, odebrania czy podpisania…), ale, co się nastałem w kolejkach, to moje. Spróbuję Wam po krótce opisać, jak wyglądają tutejsze urzędy. Choć, jeżeli pamiętacie „dom, który czyni szalonym” odwiedzony kiedyś przez Asteriksa i Obeliksa („12 prac Asteriksa”), to powinniście wiedzieć, jak to wygląda. | |||
Najważniejsze, co trzeba wiedzieć o Francuzach, a o francuskich urzędnikach i urzędniczkach w szczególności, to to, że nigdzie im się nie śpieszy. W ich ruchach nie zauważylibyście ani odrobiny nerwowości czy niecierpliwości; wszystko robią spokojnie, bezstresowo i nigdy nikogo nie poganiają. Po prostu mają dużo czasu. | |||
Dzięki temu kolejki są odpowiednio długie, stosownie do wagi sprawy, którą należy załatwić, a do tego ciągle się powiększają. Oczywiście najdłuższe były kolejki po pozwolenie na pobyt (''carte de séjour'') i z tym miałem najwięcej problemów. Ostatecznie udało mi się złożyć podanie o pozwolenia na pobyt za piątym podejściem (nie licząc tych podejść, kiedy okazywało się, że jest po prostu zamknięte). | |||
'''Podejście pierwsze:''' Spoko, kolejki jeszcze są w miarę krótkie, czeka się jakieś 20 minut, chyba nie więcej. Stojąc w kolejce spotykam koleżanki z Polski, których papierów nie przyjęli, bo nie miały w paszporcie pieczątki wbitej na granicy UE. Kombinują, jakby tu ją zdobyć – jechać na lotnisko, na granicę szwajcarską, do konsulatu polskiego, czy gdzie? Ja też nie mam, ale myślę sobie, że jakoś to będzie. I rzeczywiście – kiedy wreszcie dochodzę do biurka, okazuje się, że i tak nic nie załatwię, bo jakiś tam dokument mam nieskserowany, a w całym urzędzie nie mają kserokopiarki (bo i po co?). Zanim udało mi się porobić wymagane kopie, urząd mi zamknęli. | |||
'''Podejście drugie:''' Uzbrojony w oryginały i kopie dokumentów wymaganych przez prefekturę (według sporządzonej przez prefekturę listy dokumentów, które należy załączyć do podania o pozwolenie na pobyt) stoję w tej samej kolejce, która zdążyła się już nieco wydłużyć. Dochodzę wreszcie do pana urzędnika i pokazuje mu swoje papiery. Zamiast paszportu podsunąłem mu ksero przedostatniej strony z szesnastoma różnymi pieczątkami, więc nawet na nie nie popatrzył. Okazało się natomiast, że aby dostać pozwolenie na pobyt, należy przejść dość drogie badania medyczne. Zwolnieni z nich są jednak studenci z programu Erasmus. Tylko że ja akurat nie miałem przy sobie zaświadczenia, że jestem „erasmusem”, bo nie było go na liście wymaganych dokumentów. | |||
'''Podejście trzecie:''' Powiedzmy, że do tej pory to była moja wina. Mogłem był się domyśleć, że należy zabrać oryginały i po trzy kopie wszystkich dokumentów, jakie w ogóle posiadam. Ale tym razem pani urzędniczka – a właściwie chyba jakaś głupia stażystka – domagała się oryginału mojego aktu urodzenia. Co z tego, że miałem tłumaczenie przysięgłe, a z oryginału, który jest w Polsce, i tak nic by nie zrozumiała? Bez oryginału się nie obejdzie i już! | |||
'''Podejście czwarte:''' Do tej pory chodziłem zawsze do specjalnego oddziału prefektury przeznaczonego dla studentów. Pomyślałem sobie, że może w budynku głównym, przy Placu Republiki, będą bardziej kompetentni ludzie. Wszedłem więc do obszernej sali z kilkunastoma okienkami dookoła. Połowa z nich była przeznaczona dla cudzoziemców, ale tylko jedno było otwarte. Pobrałem z maszyny numerek (455) i poszedłem na spacer po okolicy. Kiedy wróciłem, na tablicy nad okienkiem świeciło się 446, więc postanowiłem już poczekać na miejscu… 447… 448… 449… 530. Co jest? Okazało się, że moje 455 należy już do kolejnej tury; czyli trzeba poczekać, aż dojdzie do tysiąca, a potem znów do 455… W każdym razie, kiedy już dostałem się do okienka, pani wyjaśniła mi, że wprawdzie moje papiery są zupełnie w porządku (choć przydałby się może jeszcze wyciąg z rachunku bankowego), ale i tak nie mogę ich złożyć, bo muszę to zrobić w tym oddziale dla studentów… | |||
A więc jeszcze wyciąg z rachunku bankowego. Ale najpierw muszę złożyć w banku zaświadczenie o miejscu zamieszkania. A ja dopiero co się przeprowadziłem, więc muszę poczekać, aż mi takie zaświadczenie wypiszą… | |||
'''Podejście piąte:''' Na szczęście nigdy nie trafiałem na tego samego urzędnika. To dawało mi nadzieję, że za którymś razem natknę się wreszcie na kogoś, kto nie jest aż tak upierdliwy. No i do pięciu razy sztuka! Facet przyjął połowę z tych papierów, które mu przyniosłem, a które miały być „niezbędne”. Do tego dla niego czas już zupełnie nie istniał… Kiedy poprawiał moje podanie korektorem i spokojnie czekał, aż wyschnie… Kiedy czekał, aż coś tam jeszcze dokseruję… Bądź co bądź, nareszcie odszedłem z tak upragnionym kwitkiem! Pozwolenie na pobyt do odebrania w listopadzie… | |||
Przy okazji, Motyl, dzięki za wsparcie moralne podczas tych urzędowych przygód! | |||
W dniu, kiedy pisałem ten list, było akurat Święto Wszystkich Świętych, w związku z czym poszedłem sobie zwiedzić pobliski cmentarz. Akurat tego dnia zrobiła się wyjątkowo śliczna pogoda, w sam raz na spacer po cmentarzu. Cmentarz św. Urbana jest niewielki i leży prawie w środku miasta. Wiele osób tu pochowanych zmarło jeszcze w XIX w., ale nawet na nowych grobach przeważają niemieckie nazwiska. Nagrobki – tak jak i u nas – przypominają małe pomniki. Ogólnie cmentarz jest zadbany i ładny, choć niektóre, starsze groby są podniszczone. | |||
Wbrew temu, czego się spodziewałem, byli tam też żywi ludzie. Nie było takich tłumów jak u nas na Wszystkich Świętych, ale nie było też pusto. Na grobach ludzie składali przeważnie świeże kwiaty lub specjalne stroiki. Za to zniczów prawie w ogóle nie było, choć można je było kupić przy wejściu na cmentarz (zwyczaj palenia zniczów jest mało znany we Francji). | |||
A ja zapalam taki oto wirtualny znicz: | |||
Pozdrawiam i do następnych wieści! | |||
== Studia == | == Studia == | ||